wtorek, 1 maja 2012

Komiks jak ze snu

Od dawna miałem takie marzenie: oto pojawia się polski komiks, który wreszcie udowadnia, że Funky Koval nie był dziełem przypadku. Byłaby to seria, na której kolejne tomy czekałbym z zapartym tchem, czas pomiędzy nimi wypełnając podczytywaniem na okrągło już wydanych albumów. Nie spełnił tego marzenia "Status 7" bo zginął, nie spełnił go "Gail" bo... bo nie, nie spełnił go "Biocosmosis" bo odrzuciło mnie jego nadęcie i styl Nikodema Cabały. Moje marzenie ma szansę spełnić "Yorgi" Jerzego Ozgi i Dariusza Rzontkowskiego. I to w sposób całkiem inny, niż się spodziewałem.


Komiks bohaterem stoi. Nie da się tego ukryć i temu zaprzeczać, gdy większość nazw serii to własnie imiona ich bohaterów. Thorgal, Yans, Funky Koval, Rork, Koziorożec... Dołączyć chce do nich Yorgi, choć robi to nieco okrężną drogą. 
Funky pojawił się waląc pięścią złego gościa, Thorgal też miał ostre wejście, Rork oferował skupioną na sobie niesamowitą tajemnicę. Tajemniczy był też Yans, dopóki nie okazało się, że musi być do obrzydzenia dobry i prawy. I się skończył. Thorgal, według wielu skończył się też, choć niby nadal żyje, Funky odszedł w postludzką osobliwość i przestał być bohaterem, z którym można by się identyfikować. Jeden chyba Rork utrzymał swoją jakość przez całą serię. Szkoda, że nie dowiemy się jak to jest z Koziorożcem...
Komiksowy bohater jest tak długo atrakcyjny, jak długo zapewnia nam emocje. Kiedy staje się przewidywalny lub odwrotnie - kiedy staje się niezrozumiały, przestajemy się jego losem przejmować.
Trudno też związać się z boheterem mało wyrazistym. Kto dziś pamięta drukowany w odcinkach w Fantastyce komiks Zbigniewa Kasprzaka i Krzepkowskiego "Człowiek bez twarzy"? Rysunek był świetny, gęsty jak to u dawnego Kasprzaka. Ale jak identyfikować się, jak przejmować się losem człowieka bez twarzy? I swoją drogą znamienne, że Kasprzak karierę zrobił, gdy swój styl "wygładził", przesuwając skupienie z gęstej kreski na fabułę. 
Po pierwszym tomie Yorgiego miałem właśnie obawy dotyczące bohatera komiksu. Było go mało, trudno go polubić, zdaje się być pionkiem miotanym na szachownicy życia przez potężniejsze od niego siły, bez możliwości wpływania na nie. Do tego nie ułatwiająca czytania kreska Ozgi. Ja lubię gęstą kreskę, lubię zapętlić się w liniach rysunku. Jednocześnie wiem, że to odwraca uwagę od opowieści, a bez dobrze snującej się historii, nie będzie dobrego komiksu.
Teraz znam już dwa tomy (co za tempo!) i pozostaje mi tylko oczekiwać dalszego ciągu. Nie, Yorgi nagle nie stał się nowym Kovalem. Autorzy poszli inną, trudniejszą drogą.
Świat stworzony przez Rzontkowskiego to kreacja na miarę Dicka. Znajduję też tam ducha Żerdzińskiego, gdzieś przemyka Dukaj i Lem. Może i metafizyczny wymiar opowieści nie jest odkrywczy (czy świat rzeczywisty jest prawdziwy, a może jest tylko snem?) ale podane jest to satysfakcjonujący sposób, a zakończenie 2 części wykonuje niezłą woltę. Nie chcę jednak zdradzać szczegółów, opiszę więc fabułę skrótowo.
W odległej (jak sądzę) przyszłości ludzkość zyskuje nieśmiertelność. Za sprawą hodowanych części zamiennych można przedłużać swoje życie niemal w nieskończoność. Ludzkość dopada jednak marazm takiej egzystencji, który daje się zwalczać tylko narkotykami. Tym antyutopijnym światem rządzą (a jakże!) zakulisowe machinacje świata polityki, biznesu, wojska.
Główny bohater zostaje wciągnięty w wir wydarzeń skuszony wizją zemsty na generale, który wymordował cały jego oddział - tzw. "świetlnych", żołnierzy o nadludzkich możliwościach. Pojawia się (obowiązkowo!) związana z nim famme fatale, która oczywiście ukrywa niejedną tajemnicę.
Do tego mamy obcych, tajemniczą istotę mogącą pojawiac się w dowolnym miejscu, oraz bywalców baru mlecznego z Warszawy roku 1970. Zainteresowani?

Trudno nie wspomnieć tu o mnogości cytatów, których śledzenie zapewne da przyjemność niejednemu miłośnikowi fantastyki i komiksu. Doszukać się tu można ech Alcide Nikopola, Yansa, a nawet Thorgala i ... Mikropolis. Są i sceny z filmów: Piaty element, Metropolis, i zapewne wiele więcej, których jeszcze nie odkryłem.

Podsumowując: to ważna pozycja. Na każdym poziomie: i jako historia, i jako kolejny dowód na możliwości polskich komiksiarzy i jako próba rozruszania rynku. Pozostaje tylko mieć nadzieję, ze ukażą się kolejne tomy. To zależy od Ciebie czytelniku.
Jeśli jesteś, jak ja, miłośnikiem fantastyki i komiksu - nie możesz przejść obok Yorgiego obojętnie.

2 komentarze:

nosiwoda pisze...

IMO okładka pierwszego tomu to nawiązanie do "Twin Peaks". Bob jak się patrzy (a nawet paczy).

Paweł Kurzydłowski pisze...

@Tajemniczy był też Yans, dopóki nie okazało się, że musi być do obrzydzenia dobry i prawy.

Yans to przede wszystkim postać, która przez wszystkie pięć oryginalnych zeszytów, co chwila dostawała w dupsko. Na większy komentarz niestety brak czasu...