czwartek, 15 grudnia 2011

Kryzys

Zastanawiam się (starając się odnajdywać okruchy dobrego w złym), czy ten kryzys nie przywoła choć na chwilę owych mitycznych lepszych czasów, co to już były i miały nie wrócić.
Pamiętam jak za schyłkowej komuny polowało się na książki. Każda niemalże była wydarzeniem. Czy nie raz w dyskusjach nie przywoływaliśmy tych emocji, które towarzyszyły nam w polowaniach na nowe tytuły? Czy nie tęskniliśmy za czasami sprzed zalewu setek tytułów w kolorowych okładkach?
Mam wrażenie, że koło czasu się obraca i w pewnym stopniu czeka nas powtórka.
Znowu będziemy polować na tytuły. Wydawnictwa obcinają listy zapowiedzi. Z tego co zostaje, mało co wzbudza zainteresowanie. No chyba, że jest się fanem paranormali.
Może wzrosnąć rola Nowej Fantastyki w przybliżaniu rzeczy wartościowych. Szkoda, że F&SF zaliczył takiego doła. Mógł stać się najważniejszym graczem na fantastycznym rynku.

A to, czego jestem pewien, to nadrobienie czytelniczych zaległości. Skoro nie widać perspektyw na dostęp do rzeczy nowych.

wtorek, 15 listopada 2011

Książki VII i VIII i dalej... 2011

Zauważyłem własnie nieopublikowany post. Publikuję więc, kończąc go nieprzywoicie skrótowo. Jakoś nie mam siły na wklejanie obrazków...

Oj zaszalałem wakacyjnie. Budżet cierpi, półki cierpią i ja cierpię jak widzę jak one cierpią.
Pierwsze szaleństwo: antykwaryczne. Bo czyż można się oprzeć pokusie książek za 1 lub 2 złote? Później wyłowiłem coś z hipermarketowego kosza

nieciekawość

Nie dość, że dawno niczego nie piszę, to jeszcze myśli mam czarne jak sadza w piecu po miesiącu sezonu grzewczego.
Wiruje mi ostatnio po głowie w kółko jedno pytanie: czy nie posiadanie ciekawej historii do opowiedzenia czyni człowieka gorszym? Wyobraź sobie, że nie przytrafia ci się nic ciekawego. Spotykasz znajomych i po prostu nie masz o czym opowiadać. Nie następuje wymiana doświadczeń, żadne informacje od ciebie nie ubogacają twoich rozmówców. Nic się nie dzieje. Nuda.
Na ile takie nie-natrafianie na ciekawe momenty w życiu jest splotem przypadków, a na ile (nieświadomym) wybieraniem takiej, a nie innej drogi przez życie?

W maju wybieram się do Kaliforni.

poniedziałek, 26 września 2011

Świadoma niepamięć

To wydało mi się dziwne na pierwszy rzut oka: ucieszyłem się, gdy przypomniałem sobie niedawno o KTLu. Właściwie to on sam o sobie przypomniał na twarzksiążce. Ale to nie o nim ma być wpis. Rzeczony autor służy tu tylko za przykład.
Więc ucieszyłem się, gdy sobie o nim przypomniałem, bo jednocześnie dotarło do mnie, że udało mi się na długo o nim zapomnieć. Gdy zacząłem myśleć o tym, zaraz na wierzch wyleźli inni zapomniani: osakana, Jarek Kaczyński oraz wydarzenia jak katastrofa smoleńska czy zakończony totalną klapą występ na dniach kultury angielskiej w liceum.
Wszystkie te traumy udaje mi się zapominać, co mnie cieszy. Cieszy mnie też to, że nie jest to zapomnienie totalne. Gdyby takie było, nie miałbym z tego zapomnienia żadnej radości.

To mój pierwszy post z htc

czwartek, 25 sierpnia 2011

Charles Stross "Szklany dom"

Miałem wielki smak na tę książkę. Smaku narobiło mi "Acceerando" oczywiście. Oczekiwałem fantastyki postludzkiej i ją dostałem. Tylko, że to co było świeże w poprzedniej książce, tu zeszło na plan dalszy.
Stross w nakreśloną wcześniej wizję rozwoju (?) ludzkości wpisuje tutaj konkretną intrygę. Tylko, że ona wcale nie zachwyca.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Nie mogę się zdecydować

Wkurzam się sam na siebie. Jestem niestały w literackich uczuciach. Albo nie potrafię powiedzieć, co mnie właściwie w książce kręci, a co nie. Albo ulegam wpływom otoczenia. Albo osądzam książkę po konkretnym odbiorze, zrozumiałem - jest dobra, nie zrozumiałem - do bani.
Plączę się w zeznaniach i nie mogę z tym dojść do ładu. Dopiero co napisałem, jak to nie trafia do mnie proza Harrisona (ale nie Harrego, ten swego czasu, jakieś 20 lat temu, trafiał całkiem nieźle). A zaraz potem sięgam po Dicka i pochłaniam "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha" z nie mniejszymi wypiekami na twarzy niż (też) 20 lat temu.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Jednak nie dla mnie

Przetacza się własnie przez polskofantastyczną internetosferę dyskusja. Strach do niej dołączać, bo nie byle kto nastawiał w niej zdań. Walewski, Zimniak, Podrzucki, Majka, nosiwoda, Ziuta... Ho ho, strach się odzywać w tym gronie. Ale zbiegło się to z moim prywatnym bólem po przeczytaniu "Nova Swing" Harrisona, i pozwalam sobie dorzucić kilka zdań od siebie. U siebie, może nikt nie zauważy.

niedziela, 10 lipca 2011

Zapomniana funkcja

Szlag mnie trafia. Zbliża się kolejny termin wymiany telefonu komórkowego i w ofercie naszego pracowego operatora na literkę T znalazły się dwie grupy telefonów: te same co 1,5 roku temu oraz smartfony różnej maści.
Nasz operator, pomimo szerokiej współpracy z Lasami Państwowymi traktuje nas jednak jak każda inną firmę i nie przygotowuje specjalnej oferty modeli telefonów. Sytuacja robi sie dziwna i nieciekawa, gdyż oferowane aparaty po prostu nie mają zasięgu w lesie.

Dusza, czyli nie ja

Nie będę ukrywać, iż boję się końca. Różne zdrowotne zawirowania sprawiają, że choć tego nie chcę, myślę o nim coraz częściej. Te same zdrowotne kłopoty doprowadziły także do pewnych obserwacji, z których wyciągnąłem wnioski.
Określam siebie jako człowieka wierzącego, ale z problemami z wiarą. Wierzę więc w duszę nieśmiertelną oraz w to, że coś nas czeka po śmierci. Pomimo tego, do tej pory moim największym lękiem była nicość. Tak, wiem, że inne religie wręcz do tej nicości, niebytu, nirwany dążą. Mnie to przeraża. I nawet logiczne rozumowanie, że skoro mnie nie będzie, to nie będzie i nie będę o tym wiedział, więc nie ma problemu, nie ma czego się bać - jakoś mnie nie przekonywały. Może to sprawiło zbyt wczesne oglądanie Odysei 2001 i wyłączania HALa? To świadome gaśnięcie świadomości. Zdawanie sobie sprawy z odchodzenia w nicość. Ten paroksyzm strachu będący zwieńczeniem całego życia.

niedziela, 3 lipca 2011

Książki VI 2011

W czerwcu był Dzień Taty, był więc nieoczekiwany prezent, doszły książki z taniej w Warszawie od kolegi nosiwody, którego znam z internetu, były też normalne zakupy.


niedziela, 26 czerwca 2011

Książki V 2011

W maju opadły mnie książki ze wszech stron: wygrałem, dostałem, wylicytowałem i kupiłem: tanio i normalnie. Przeraża mnie rozrost biblioteczki. A właściwie to przeraża mnie stosunek przeczytanych do nieprzeczytanych...

Słowo na niedzielę.

Czasami zdarza się tak, że oddalone od siebie głowy myślą równolegle. W tym przypadku jedna z tych głów ma talent i chęć do pisania, druga nie. Ta druga to moja, a ta pierwsza Agrafka. Popełnił on niedawno ten wpis >>klik klik<< w którym czytamy:
Tak naprawdę era informacji nie polega, jak sądzę, na naszym powszechnym do informacji dostępie, to za mało. Sednem jest nasza powszechna dostępność do stawania się źródłem informacji, ale przede wszystkim nasza potrzeba, by się takim źródłem stawać, czy ktoś z niej korzysta, czy nie. Informuję, więc jestem.

piątek, 27 maja 2011

Na tropach "małego realizmu"

Zaczął Ziuta, człowiek którego nieznany mi podchmielony ktoś na imprezie u państwa Uznańskich przedstawił szepcząc w ucho - "to syn Dukaja!". No więc ów Ziuta popełnił wpis na blogu będący wynikiem dyskusji z forum, na które nie chadzam. Zalinkowane. Poczytajcie.

Literacki windows


Każde miejsce jest dobre na lekturę dobrej książki.

czwartek, 26 maja 2011

Przyspieszando, ale na jak długo?

Tak się zastanawiam, pełniąc w tym tygodniu dyżur przeciwpożarowy, nad dokonującym się przyspieszeniem.
Pamiętam, nie z odległego dzieciństwa, a z nie tak znowu odległej młodości, jak dyżury takie pełnił mój świeżo po studiach będący brat.
Siedzieliśmy wtedy w jego nowo oddanym mieszkaniu, w którego kuchni stała westfalka. Szeroko otwarte okno pozwalało słyszeć radiotelefon, zainstalowany w służbowej Ładzie Nivie (ach, co to było za auto!). Telewizor kolorowy Rubin był całkiem ściszony, bo raz, że trzeba było tego radiotelefonu nasłuchiwać, a dwa, że w czasie Robin Hooda i tak akurat Ruski z bazy w Debrznie zaczynali gawędzić przez radio, i Rubin (to chyba nie dziwne, nie?) wolał nadawać nam ich gadanie niż pokrytą polskim lektorem mowę Szekspira.

wtorek, 3 maja 2011

Książki IV'2011

Kwiecień to miesiąc moich imienin, a dodatkowo wpadła jakaś premia, doszły książki wcześniej zakupione przez warszawskiego łącznika i udało mi się coś wygrać. No to trochę się tego nazbierało.

wtorek, 5 kwietnia 2011

A ja głupi myślałem, że idzie wiosna

Kiedy przeczytałem w drugoobiegowej konferencji wyznanie nosiwody, ze popyrkonowo zarejestrował się na forum SFFiH, pomyślałem: idzie wiosna! Wszystko będzie lepsze, jaśniejsze, cieplejsze. Coś zmieni się na lepsze. To będzie jakiś nowy początek.
Nie długo się cieszyłem tym uczuciem, gdyż zaraz właściwie okazało się, iż nosiwodę na forum tym zbanowano. Po pierwszym powitalnym poście. Prewencyjnie. Bo tak.

piątek, 1 kwietnia 2011

Książki 03'2011

Tak jakby posucha nadal w literaturze.
To przez remonty i cięcie wydatków. Poza tym - zaczynam się ograniczać widząc ile mam czasu na czytanie. Mało. Za mało. Pracuje nad przekierowaniem środków czasowych z worka "internet" do worka "czytanie".

Antologia "Kanon barbarzyńców"
Kupiona z przeceny w markecie. Jest tam opowiadanie Pawła Majki, więc sie nie zastanawiałem. Zastanawiam się dlaczego nie kupiłem wcześniej. Chyba przewidywałem ostateczne wylądowanie na tanich książkach.







Ursula K. LeGuin "Lawinia"
Książka wygrana w konkursie Fantasy&Science Fiction. Wreszcie wygrałem nie dzięki losowaniu, a dzięki temu co sam stworzyłem. Choć to nic wielkiego - cieszy.








Łukasz Orbitowski "Nadchodzi"
Nadal zauroczony "Tracę ciepło" z nadal nieprzeczytanym "Świętm Wrocławiem" poprosiłem o "Nadchodzi" w prezencie na... dzień mężczyzny. Podobno takowy istnieje. Teraz mam na dowód książkę w prezencie.







Fantasy&Science Fiction - Jesień 2010
Co prawda pismo wyszło wiosną 2011, ale wybaczam. Bo jest więcej niż przyzwoite. Bardzo dobre jest.

środa, 30 marca 2011

MGUS

30 marca. Doczekałem się. Byłem, wróciłem, żyję.
Mam się nie przejmować. To tylko MGUS.
Tylko i aż.
Bo niby wiadomo, że każdy z nas jest tykającą bombą, która w dowolnym momencie może eksplodować chorobą. Tylko, że dopóki nie usłyszymy tego tykania, pozostawiamy to w sferze owego "to się zdarza innym".
Ja swoje już słyszę.

piątek, 18 marca 2011

Światło świeć!

Mam nielichy problem ze "Światłem" M. Johna Harrisona. Od dawna już wiem, że to science fiction jest moim ulubionym gatunkiem (wiem, wiem, był juz tryliard dyskusji z wnioskami, ze to nie gatunek. No ale jak SF nazywać?). Scenografia światów przyszłości jest tym lustrem, w którym lubię oglądać przetworzenie rzeczywistości. Nie elfiątka i magiczne pierścienie przemawiają do mnie. Do mnie mówią gwiezdne statki, obcy, nowe światy i wykręcona fizyka. Dlaczego więc wędrówkę przez karty Światła muszę zaliczyć do trudnych?

Przez niemal cały czas miałem wrażenie, że nie ogarniam powieści. Z podtekstem "jestem głupi i nic nie rozumiem". Czy przerosła mnie fizyka kwantowa? Nie w tym przypadku, bo jej tam w zasadzie nie ma. Jest dekoracją, która dodaje science do tego fiction. Może przerosły mnie działania bohaterów, a właściwie - zamysł autora, który bohaterów do tych działań popędzał? Jeśli chodzi o Kearneya, doszedłem do wniosku, że facet jest po prostu pieprznięty i Harrison świetnie to opisał. Tylko po co? Seria Mau Genlicher także normalna umysłowo nie jest. Większość jej działań obserwowałem z totalnym zdziwieniem: ale o co chodzi? Ed Chianese wydaje się być najnormalniejszy, a przez to łamiący jakiś rodzący się w głowie klucz do odczytania "Światła". Chyba, że przypadkiem jestem nienormalny w ten sam sposób i jego odchyłu przez to nie zauważam. Choć postacie te są ze sobą powiązane, odbierałem przeskoki fabuły zawsze jako dysonans. W pewnym momencie chciałem przeczytać ich historie osobno, bo nie znajdywałem w kolejnych rozdziałach niczego, co by je łączyło.
Moje wrażenie jest takie, że Harrison napisał powieść wydmuszkę. Że tam nie ma żadnego drugiego dna. Chciał opowiedzieć historie popieprzonych ludzi i zrobił to. Ba, zrobił to świetnie! Spotkanie Kearneya ze Schranderem, jest kwintesencja szaleństwa, kosmiczne przygody Serii Mau porwały mnie w kosmos bez reszty. Historii Eda Chianese nie powstydziłby się Dick. I tu znowu nachodzi mnie zwątpienie: czy ktoś kto potrafi TAK pisać, nie potrafi zapanować nad fabułą, koncepcją, strukturą, że wychodzi mu książka o nieczytelnym przesłaniu? Czy to raczej ja, czytający ją w nerwowym okresie strachu o własne zdrowie nienależycie skupiałem się w czasie lektury? Tego się właśnie obawiam, że "Światło" jest powieścią, której jednym z bohaterów ma być czytelnik. Nie wiem jak by się to miało odbyć, bo we mnie to nie zagrało. Trzy opowieści nie złożyły się w jedną historię, choć każda z nich podobała mi się.

piątek, 11 marca 2011

Oczarowanie monumentem


Fantastyka lubi twory monumentalne. Jeśli pojawiają się odległości, to liczone w latach świetlnych. Jeśli akcję rozciąga się w czasie, to i tysiącleci może nie starczyć. Gdy bierze się za twory materialne - ich rozmach zatyka dech w piersi.

Powstała w wyobraźni (a raczej na styku wyobraźni i fachowej wiedzy) Wawrzyńca Podrzuckiego megastruktura jest konstruktem bardzo nośnym. Pozwala mnożyć umieszczone na niej mikroświaty oddzielone od siebie barierami niemalże nie do przebycia. Daje to mozliwość rozwinięcia skrzydeł w kierunku socjologicznej sf - konstruowania społeczeństw opartych na różnych podstawach. Małe, zamknięte społecznosci  dają możliwość konfrontowania ze sobą zupełnie różnych ustrojów, modeli społeczeństwa. Jednak trzy powieści okazały się zbyt krótkie, by wypełnić treścią cały potencjał, jaki megastruktura daje. Owszem, poznajemy różne społeczeństwa, na różnym poziomie zaawansowania technicznego, kulturowego. Pozostaje jednak niedosyt, który - przyznaję uczciwie - nie pojawia się w trakcie lektury, a dopiero po niej. 

Tak jak megastrukturę trzeba by oglądać z dystansu, by objąć jej ogrom, tak i pomysł autora pączkuje w głowie czytelnika niewykorzystanymi możliwościami dopiero po przeczytaniu całości. 

Po prostu te trzy książki, to za mało. Stworzony świat ma tak olbrzymi potencjał, że ja - miłośnik science-fiction - po prostu nie mogę bez bólu serca patrzeć na takie marnotrawstwo. Ileż tam można by jeszcze wątków pomieścić. Jakie intrygi można by pleść...

Autor jednak poszedł ściśle wytyczoną przez siebie ścieżką. Konsekwentnie podążył do celu, nie dając się ponieść w głąb wykreowanego świata.
Podobnie jak u Lema i Kosika opowieść jest bardzo sucha. Może umysły ścisłe tak mają? Może to dlatego, że piszą powieści nie dla samego pisania, ale by przekazać jakąś ideę. Zmierzają więc konsekwentnie do celu gubiąc trochę po drodze te elementy szalone, nieprzewidywalne, które przecież każdemu w życiu towarzyszą.

Bardzo długo nie mogłem napisać nic o Yggdrasil. Trudno mi pisać, gdy książki mi się podobają. Najlepiej pisze się o książkach słabych. Można wtedy rozwinąć skrzydła, wypunktowując autora, podpompować własne ego. W tym przypadku nic takiego nie ma miejsca. Mój jedyny zarzut, to właściwie okrzyk: ZA MAŁO! I nic poza tym. Bo reszta jest radością, że w dobie paranormalromasów i fantasy na półkach trafić tez można na dobre sf rodzimego pochodzenia.
I jeszcze kurczę ta zazdrość, że ja bym czegoś takiego nie wymyślił.

Mówiąc krótko - polecam!

Między młotem a kowadłem (ekologiem a drzewiarzem)


Nie jest łatwo być leśnikiem w obecnych czasach. Znajdujemy się na styku ochrony przyrody i gospodarki. Jesteśmy jednorodną organizacją, którą łatwo zaatakować, wskazać jako wroga. Szturmujący nas z dwóch stron na dodatek nie zauważają się wzajemnie, choć sami są naturalnymi wrogami. Jednak i jednym i drugim wygodniej ignorować ten fakt i toczyć walkę z Lasami Państwowymi. Wynika to z łatwości, z jaką można atakować instytucję państwową. Samemu nie przebierając w słowach , socjotechnicznych sztuczkach i niedopowiedzeniach od instytucji państwowej wymaga się tonu rzeczowego, spokojnego, wyważonego, zgodnego z literą prawa – krótko mówiąc – nudnego i niemedialnego.

„Leśnicy mordują puszczę!” – krzyczą prasowe nagłówki proekologicznych czasopism. „Leśnicy niszczą polski przemysł drzewny!” – wtórują im te związane z branżą drzewną. Nie znający specyfiki leśnictwa czytelnik dostaje obraz państwowego molocha niszczącego środowisko, zabierającego pracę. Nawet ceny prądu mogą pójść w górę przez leśników.
Niestety, przyzwyczajeni do szybkiego konsumowania informacji rzadko kiedy mamy czas na pogłębioną analizę docierających do nas sygnałów. A przecież wystarczy zestawić ze sobą żądania środowisk ekologicznych z żądaniami wysuwanymi przez drzewiarzy, by zauważyć, że spełnienie i jednych i drugich jest niemożliwe do pogodzenia.



Kto znajdzie receptę na pogodzenie zarzutu o pozostawianiu zbyt dużej liczby starych drzewostanów, wysuniętego przez Polską Izbę Gospodarczą Przemysłu Drzewnego w liście otwartym do Posłów i Senatorów RP z dnia 25-01-2011r. z zarzutem celowego wycinania przez leśników najstarszych drzew w Puszczy Białowieskiej stawianym przez Greepeace?
Już słyszę podniesione głosy protestu – przykład jest nietrafiony! Drzewiarze powiedzą, że nie chodzi im o drewno z Puszczy, a ekolodzy, że przecież Puszcza jest małym fragmentem lasów i możemy ciąć gdzie indziej. Tak, tak i… nie. A to dlatego, że nacisków ze strony barykady ochrony przyrody jest więcej. Puszcza jest tu tylko przykładem nagłośnionym medialnie. Są decyzje, które odbywają się w ciszy gabinetów państwowej instytucji – Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska i podległych jej Regionalnych Dyrekcji. 

Decyzje te, mówiąc w skrócie, ograniczają gospodarczą rolę lasów. Na nadleśnictwa gospodarujące na obszarach Natura2000 nakładane są ograniczenia w prowadzeniu gospodarki leśnej. Głównie polegające na ograniczeniu pozyskania drewna, ze względu na występowanie rzadkich gatunków roślin, bądź też okres lęgowy ptaków mieszkających w okolicy. Oczywiście tych ograniczeń drzewiarze także nie dostrzegają. GDOŚ jest instytucją „niewidzialną”, nie bardzo wiadomo kogo zaatakować, nie da się ukierunkować niechęci czytelników gazet przeciwko czemuś, czego nie widać. A leśnika w terenowym aucie widział pewnie każdy.

Tutaj w czujnym umyśle powinno zrodzić się pytanie: czy wspaniałe bogactwo przyrody, objęte ze względu na swój niepowtarzalny i niewymierny charakter ochroną w postaci obszarów Natura2000 zostało nam przywiezione? Dostarczono je na teren Polski wraz z wejściem do Unii Europejskiej? Wtedy to przywieziono traszki, dzięciołki, pachnice dębowe? Posadzono widłaki? Nie, one tu już były. Były, choć na terenie obecnie objętym ochroną prowadzono cały czas gospodarkę leśną. Ekolodzy powiedzą „były POMIMO, że prowadzono gospodarkę leśną”. Leśnicy: „były DZIĘKI temu, że prowadzono gospodarkę leśną”. To już interpretacje. Fakt jest niepodważalny – były i są. Czy potrzebne są im więc dodatkowe formy ochrony?



Nacisków, ograniczeń działalności przybywa z dnia na dzień. Wygląda na to, że modnym stało się dewaluowanie polskiego leśnictwa. Dorobek pokoleń leśników praktyków oraz naukowców zostaje zmieciony za pomocą pełnych emocji medialnych doniesień. A to przecież oni pozostawili nam przyrodę, którą możemy się szczycić, to oni gospodarując w sposób zrównoważony przez lata utrzymywali tę delikatną równowagę pomiędzy naturą, a gospodarką. Przedstawiane spojrzenie na gospodarkę leśną jest zbyt często jednostronne. Język emocji nie jest odpowiedni do roztrząsania spraw tak dużej wagi. Rolą mediów powinno być wyważanie opinii, przedstawiane racji i jednej i drugiej strony. Spoczywa na nich zadanie rzetelnego informowania społeczeństwa o problemie. Jak się z niego wywiązują? 

W 1929 roku ówczesny Dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret powstrzymał prowadzoną od 1924 roku wycinkę Puszczy Białowieskiej. 10 letni kontrakt pomiędzy rządem Polski a brytyjską firmą The Century European Timber Corporation pozwalał na pozyskanie 4 mln m3 drewna. Oprócz leśników nikt o tym nie pamięta.

Szkoda, że aktywiści Greepeace, pracownicy dyrekcji Ochrony Środowiska nie chcą wiedzieć iż leśnik jest na pierwszym miejscu przyrodnikiem, że wybieramy ten zawód z zamiłowania do natury. Każdemu z nas zależy na bogactwie przyrody, a jednocześnie musimy ciągle pamiętać, że jesteśmy też ważną gałęzią gospodarki. Dostarczamy surowca do dalszego przerobu, co w prosty sposób przekłada się na to, ze ktoś ma pracę, utrzymuje siebie i swoją rodzinę.

Szkoda, ze drzewiarze nie chcą zrozumieć, że przyroda jest dobrem nie do wycenienia, że mimo wszystko musimy postępować z nią rozważnie i raczej tak działać, by pomnażać jej zasoby, a nie uszczuplać.

Nie jest łatwo być leśnikiem.

wtorek, 8 marca 2011

Widziałem orła cień


A właściwie to bielika. Gdyż bielik, to nie orzeł.
Tak jak jeże nie jedzą jabłek, a sarenka nie jest żoną jelenia.
Który to jeleń nie ma rogów.
Wszyscy o tym przecież wiedzą, więc po co ja to piszę?
Posted by Picasa

niedziela, 6 marca 2011

Bydgoszcz się zmienia (1)



Ten komin w tle, dość charakterystyczny, zbudował mój dziadek Wiktor. To komin na dawnych (?, a może i jednak jeszcze obecnych?) zakładach cukierniczych "Jutrzenka". A na pierwszym planie - nowe torowisko, które powiedzie "jak ryby tramwaje" na dworzec PKP.
 Odwracam się o 180 stopni i spoglądam w ulicę Naruszewicza. Dalsza część torowiska, a w tle olbrzymi gmach dawnej Dyrekcji Kolei.
 Obok BFN przechodziłem niezliczoną ilość razy. Idąc do kina Orzeł (nieistniejącego) do rewelacyjnej hurtowni książek na Obrońców Bydgoszczy, gdzie udawało mi się wysępić sprzedanie jednego egzemplarza po cenie hurtowej od miłych pracujących tam ludzi.
Tam kupiłem antologię "Jawnogrzesznica", tam (i tylko tam) dało się kupić almanach Voyager. Ech dzikie czasy początku lat 90-tych...
 Zrobiłem jeszcze kilka kroków i jasnym się stało, że żadne narzędzia tej fabryki już nie opuszczą...
Wraca tematyka tramwajowa. Jeszcze dwa tygodnie temu parkowałem samochód na terenie widocznej na zdjęciu zajezdni tramwajowej koło dworca PKP. Obecnie wjazdu broni stalowa siatka. Cos tam sie dzieje, zapewne w zwiazku ze zbliżaniem się nowej linii tramwajowej do dworca.
Kurcze, ja pamiętam jeszcze stare tramwaje jeżdżące do dworca ulicą Dworcową. Naprawdę cieszę się, że wrócą w to miejsce. I naprawdę nie mogę zrozumieć jak można było dopuścić, by te historyczne budynki uległy takiej dewastacji

sobota, 5 marca 2011

Książki 02'2011

Zrezygnowałem z typowego tytułu, bo właściwie każda książka to osobna kategoria.
Po styczniowym szaleństwie zakupowo-prezentowym, krótki luty wydał na świat krótką listę.

T. H. White "Miecz dla króla" wypatrzyłem w taniej książce i uległem pokusie. Książkę chciałem nabyć już dawno temu. Naprawdę dawno, bo w wydaniu Editions Spotkania. Nie nabyłem wówczas, i dobrze, bo nie wydano całości cyklu.
Na razie książka czeka na przeczytanie i decyzję, czy dokupić kolejne tomy.






Jakub Małecki "Zaksięgowani" - książka wygrana w konkursie Fantasy & Science Fiction na przeróbkę tytułu literatury klasycznej, niefantastycznej na fantastyczną. Wygrałem dzięki trawestacji tytułu Melchiora Wańkowicza.
Można było wysłać trzy propozycje, by nie zginęły w otchałni niepamięci przytoczę je tutaj:
Henryk Sienkiewicz "Szkicem węglem modyfikowanym"
Wiktor Gomulicki - "Wspomnienia imperialnego mundurka"
Melchior Wańkowicz - „Ziele na marsjańskim kraterze"
Tym samym stałem sie posiadaczem wszystkich pozycji z fantastycznej serii Powergraphu.

Łukasz Orbitowski, Jarosław Urbaniuk "Pies i Klecha: Przeciwko wszystkim"
A było to tak. Zadzwonił Agrafek i powiedział, że książka ta pojawiła się w taniej w Krakowie. "Kupić?" zapytał. Odparłem, że nie. Potem nosiwoda doniósł, że druga część jest na taniej w Warszawie. Powiedziałem: "Kup, a pierwszą zamówię u Agrafka". Tylko, że w Krakowie już nie było. Zeźliłem się i kupiłem na alledrogo.
Dlaczego nie ma więc w tym wpisie owego drugiego tomu? A bo zapłaciłem za niego dopiero w marcu. No i jeszcze go fizycznie nie mam. Aktualnie ma go biurko nosiwody w pracy. I kilka innych książek.



Marek S. Huberath "Vatran Auraio" A to już całkiem odjechana historia. Zamieszane w nią są: Nowa Fantastyka, jej stare forum, fraktal w kształcie litery S, facebook, madbooks, Focus. I człowiek dobrej woli.
Kilka lat wstecz artykuły naukowe dla Nowej Fantastyki pisał Jan Stradowski. Udzielał też się na starym forum NF, gdzie  - sieciowo - poznaliśmy się. Jakoś tak wyszło, że zrobiłem dla Jana malutkiego fraktala, który stał się logo jego strony internetowej. Później on odszedł z NF i z forum i nasze drogi się rozeszły. Aż nastała era facebóka, gdzie jakoś znowu się spotkaliśmy. Później wyszła książka Huberatha, pojawiła się w mojej ulubionej księgarni netowej MADBOOKS, a ja kliknąłem przy niej "Lubię to!" i na facezboku napisałem: "Ja
chcę! Kaso przybywaj!". Kasa nie przybyła, ale przybyła książka, którą wysłał mi Jan Stradowski, gdyż akurat Focusowi, gdzie obecnie pracuje, przysłano dwa egzemplarze z wydawnictwa. Serdecznie dziękuję!


wtorek, 1 lutego 2011

Prezenty i zakupy 01'2011

Styczeń to miesiąc urodzinowy. O numerku tychże urodzin nie będę wspominać, bo mnie napawa naprzemiennie zadziwieniem i przerażeniem. Że jakto, to już tyle, to już tak dużo upłynęło?

Na pierwszy ogień prezenty urodzinowe.
"Wieczny Grunwald" Szczepana Twardocha, to najwyżej oceniona (na Fantaście) polska powieść fantastyczna z 2010 roku. Oczywiście dawno już przedyskutowana na wszystkie możliwe strony i wyrecenzjonowana do cna. Oczywiście jak zwykle zanim ją przeczytam nikomu już nie będzie się chciało o niej gadać. Normalka. Cieszę się, że ją dostałem.
"Prefekt" Alastaira Reynoldsa poczeka na swoją kolej, aż przeczytam poprzedni tom cyklu. Ale bardzo miło, że już zbiera kurz na półce.
"Człowiek w labiryncie"/"Stacja Hawksbilla" Silverberga - zakup własny urodzinowy, ot byłem na mieście i zauważyłem w taniej książce. A że jestem zboczony na punkcie nie tylko treści ale i także jakości wydania - musiałem tego hardcovera mieć. W ogóle strasznie podoba mi się solarisowa "seria z rakietką". To już (dopiero?) jej czwarty przedstawiciel na mojej półce.
"Cryptonomicon" Neala Stephensona to rzecz, którą przegapiłem absolutnie w starym wydaniu. Potem przegapiłem jak mignęła na półkach tanich książek. Nowe wydanie ma monumentalna prezencję i takąż cenę. Urodziny są więc jedyną okazją, by taką książkę nabyć. Na szczęście jest też Madbooks, który pozwolił sporo na niej zaoszczędzić
"Kroki w nieznane 2010" - to antologia, którą w myślach ochrzciłem 'sumienia wyrzut". Bo choć udało mi sie zgromadzić już wszystkie tomy nowej odsłony (starej zaledwie dwa) , to przeczytałem do tej pory zaledwie tom pierwszy. Jednak rezygnacja z prenumeraty, i w ogóle zakupu Nowej Fantastyki, spowoduje - mam nadzieję - wyposzczenie w dziedzinie opowiadań tak duże, że znacznie ten wyrzut sumienia w tym roku zmniejszę. Oby.
"Gamedec - Sprzedawcy lokomotyw" Marcina Przybyłka - podobały mi się opowiadania zamieszczone niegdyś w NF, kupiłem jakiś czas temu okazyjnie tom pierwszy cyklu, z tymi (i innymi) opowiadaniami, więc prawem cyklu musiałem sięgnąć po kontynuację. No i to SF, którego w Polsce nie pisze się zbyt wiele. Trzeba wspierać.
"Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć" Paolo Bacigalupiego. - Jak można nie mieć najbardziej oczekiwanej książki roku? Choć rok dopiero się zaczął. Mam na nią smak, więc może uda mi się przeczytać ją jakoś na równi z resztą przytłaczającej większości szybkoczytaczy fantastycznych. Zapowiada się gruba uczta. Wyobraźni.
"Gromowładny" Felixa Gillmana - czasami potrafię sam siebie zaskoczyć. Ani tytuł, ani okładka nie skłoniłyby mnie do kupna. No ale wszedłem z Agrafkiem do taniej książki w Krakowie, i on tak od niechcenia rzucił: "A to nosiwoda polecał. Kupiłem ale jeszcze nie czytałem." No i co ja zrobiłem? Tez kupiłem. Jak mi się nie spodoba, wyślę ją nosiwodzie.
"Przechowalnia" Stefana Otcetena - już od dawna chciałem mieć tę książkę. Może to przez jej tajemniczą historię, może przez szeptana propagandę. No i już, dzięki taniej książce w Krakowie mam ją za całe 5,50 zł
"Polowanie na lwa" Antologia. To z kolejnej wizyty w Krakowie, w tej samej taniej książce na Grodzkiej. Aż niedowierzałem, że udało mi się tę pozycję trafić.
"Drzwi do piekła" Krzysztofa Kochańskiego. W czasie tegorocznej kolędy ksiądz owszem pochwalił to że czytam, ale wypatrzył mi na półce antologię Demony. I sarkał, że nie mam literatury religijnej. No i miałem kupić coś Hellera, żeby było religijnie, ale znowu kupiłem książkę-do-schowania-przed-kolędą-przez-szatański-tytuł. A poza tym w Bydgoszczy w taniej na dworcu książka ta była 4 złote droższa. No to skorzystałem z okazji i nabyłem w Krakowie.
"Elfy i ludzie" Tomasza Piątka. Sam nie wiem po co kupiłem. Oceny ma to słabe. Felietonów Piątka w NF nie cierpiałem. Ale kosztowało tylko 5 złotych. Brakuje mi już tylko tom środkowy. Patrząc na cienkość tych książeczek zachodzę w głowę - dlaczego nie wydano ich w jednym tomie?

piątek, 28 stycznia 2011

Medhorror

Cały czas się waham, czy o tym w ogóle pisać. Jednak od czegóż jest blog, jak nie od dzielenia się sprawami istotnymi w danym momencie? Pytanie, czy takimi rzeczami warto się dzielić, pozostaje u mnie chwilowo bez odpowiedzi. Piszę więc, najwyżej potem się skasuje.

Do tej pory najstraszniejszą rzeczą jaką mi zrobiono w służbie zdrowia było pobranie płynu mózgowo-rdzeniowego. I to strach był raczej psychiczny, ciężko zachować komfort psychiczny wiedząc że w kręgosłup ma się wbitą igłę. No a potem jest jeszcze syndrom popunkcyjny. Rewelacja.
Dzisiaj to pikuś. Dzisiaj mógłbym mieć to badanie zrobione z marszu, bez specjalnych nerwów. Bo na pierwszym miejscu strasznych rzeczy które może zrobić ci lekarz jest pobranie szpiku kostnego.
Nie będę zagłębiać się w szczegóły techniczne. Skupię się na czymś innym. To badanie, w moim przypadku bardzo bolesne, pozwoliło uświadomić sobie, że są we mnie jakieś miejsca, przestrzenie, o istnieniu których nie zdajemy sobie sprawy. Jak na przykład wnętrze kości.
W momencie zasysania szpiku poczułem się jakby w miednicę (stamtąd pobierano szpik) ktoś wsadził mi bólowy echolokator. To może efekt środka znieczulającego połączonego z nerwami i adrenaliną, ale miałem wrażenie, ze ból wyrysował mi w głowie obraz wnętrza kości. Poczułem je, dotkliwie i niezwykle wyraźnie. Miejsce we mnie, do którego inaczej nigdy bym nie trafił, bo się go nie czuje.
Jest jeszcze jedna rzecz. Czyta się w książkach, ogląda na filmach sceny tortur, przesłuchań z zadawaniem bólu. Nagle uświadomiłem sobie jak łatwo można człowieka zredukować do spoconego, skurczonego kawałka żywego mięsa, które nie chce już niczego innego, tylko by ból się skończył. A to było tylko badanie lekarskie.

Przypomniało mi to wszystko o pewnym wydarzeniu, które miało miejsce jeszcze gdy leżałem w szpitalu na oddziale neurologii.
Usłyszałem jak w sąsiedniej sali pielęgniarki, czy też rehabilitantki rozmawiają z pacjentem po wylewie. Próbowały go nakłonić by przekręcił się na prawy bok. Z rozmowy wynikało, że nie udawało mu się to, ale na bok lewy przekręcał się bez problemu. Pielęgniarki postanowiły mu pomóc. Człowiek zaczął krzyczeć. Zapytały go, co się stało, czy coś go boli. A on im odpowiedział: PRZEKRĘCACIE MNIE W STRONĘ KTÓRA NIE ISTNIEJE!.
To jedno zdanie zryło mi mózg na długo. Przestrzenna percepcja świata wydaje się czymś niewzruszonym. A nagle okazuje się, że i tak podstawowe rzeczy jak ona, zależą od naszego zdrowia.

Zastanawiam się czy nie wolałbym być cyfrowy. Tylko kurcze, tam też są wirusy, uszkodzone sektory na dyskach i błędy pakietów na łączach.

czwartek, 27 stycznia 2011

Blog orbita

Lubię poczytać to co wyblogowuje z siebie Orbitowski. Nawet czasami coś skomentuję.
Nie dzisiaj jednak. Dzisiaj blog Orbita zapomniał matematyki.

wtorek, 25 stycznia 2011

Spóźniłem się

Jakoś tak w 2005 roku zacząłem pisać opowiadanie pod roboczym tytułem "Dom". Oczywiście nie dopisałem go do końca, choć ciągle (do wczoraj) łudziłem się myślą, że w końcu to zrobię. Ale spóźniłem się. Pomijając techniczne szczegóły przynależne science-fiction, opowiadanie się zdezaktualizowało. A raczej zbytnio zaktualizowało, by być fantastyką.
Oto stary człowiek, bez rodziny oddaje dom bankowi, by dostawać do śmierci wyższą emeryturę. Oczywiście bankiem zarządza AI zoptymalizowana na maksymalizację zysków. Choć właściwie to już ciężko wytyczyć różnicę pomiędzy AI a bankiem, staje się ona nowym typem bytu egzystującym w świecie trudnych do ogarnięcia człowiekowi zależności wirtualno-finansowych. Jednak nie pozbawiona (mocą pieniądza) wpływu na świat rzeczywisty. Był tam dramatyczny wątek wirtualno-miłosny, trochę starej muzyki i próby rozgryzienia czym może stać się "myślący" dom upakowany systemami ułatwiającymi życie i to życie kontrolującymi.
Dlaczego spóźniłem się? Bo wczoraj zobaczyłem w TV reklamę Funduszu hipotecznego DOM. Wyższa emerytura dla seniora. Dotyczy osób po 65 roku życia. Oddaj nam dom, my będziemy wypłacać emeryturkę. No więc kisiłem opowiadanie, aż mnie rzeczywistość dogoniła.

Potem pomyślałem sobie, że za lat kilka-kilkanaście warto byłoby policzyć średnią życia klientów funduszu... 

sobota, 22 stycznia 2011

sobota, 1 stycznia 2011

Przeczytane w 2010



Tak myślę, patrząc na ten stosik, że nie ma się czym chwalić. Wśród znajomych z forum, nie ma się czym chwalić. Jednak jeśli odnieść wynik do ogółu społeczeństwa... No ale ogół społeczeństwa ogląda jak gwizdy jeżdżą na lodzie. Więc znowu - cóż to za przyrównywanie się.
Więc, zadowolony nie jestem. Ale też i ten rok był trudny, nie zawsze się chciało, nie zawsze się mogło czytać.

W zasadzie żadna książka mnie nie zawiodła. Żadnej nie odłożyłem z niesmakiem. Wstrząsnęły mną "Chochoły" - polecam każdemu. Piorunujące wrażenie zrobiło "Tracę ciepło" - jakoś unikałem wcześniej Orbitowskiego, teraz MUSZĘ skompletować całość jego twórczości. Trylogia Forda była niezłą jazdą, "Złe małpy", "Obóz koncentracji" i częściowo "Światło" zrobiły mi smak na jakąś powtórkę z Dicka. Simmons, Stross i Reynolds porwali w świat ukochanego SF, a i Kosik z Podrzuckim uczynili to samo z dodatkowym plusem, że i nasi potrafią dobre SF pisać.
Skoro wspomniałem Kosika - zwróćcie uwagę ile książek z jego wydawnictwa w tym roku pochłonąłem. Brawa za odwagę wydania Cetnarowskiego i Skalskiej - nowe spojrzenie na to czym może być fantastyka jest u nas bardzo potrzebne. Brawa też dla nich za uruchomienie polskiej edycji Fantasy&ScienceFiction.
Innym spojrzeniem na fantastykę są tez niesamowite opowiadania Teda Chianga.

Jak to wyglądało wg. wydawnictw:
6 (7 - bo jak liczyć przekrojony tom Reynoldasa?) pozycji z MAGa
5 pozycji z Solarisu
4 ksiązki i dwa książkowe czasopisma z Powergraphu
po 1 pozycji z Runy, Wydawnictwa Literackiego, Rebisu, i Lampy

Na szczycie piramidy córka dołożyła mi książki, które czytałem jej na dobranoc. No w sumie racja, przecież je przeczytałem.
W piramidzie brakuje ksiązki przeczytanej w szpitalu, a wypożyczonej ze szpitalnej biblioteki - Gene Wolfe "Żołnierz z mgły".

Oby 2011 był lepszym rokiem. Czytelniczo i nie tylko.

Pomysł na obfotografowanie dorobku czytelniczego bezczelnie ściągnąłem od Alcyda.

PS Dla pamięci wkleję sobie jeszcze kolejność czytania

Uśpione archiwum 
  • Światło
  • Złe małpy
  • Tracę ciepło
  • Żołnierz z mgły
  • Chochoły
  • Vertical
  • Accelerando
  • Obóz koncentracji
  • Dom burz
  • F&SF nr 2
  • Eremanta
  • Arka odkupienia
  • Historia twojego życia
  • Mars
  • F&SF nr 1
  • Rubieże
  • W labiryncie pamięci
  • Fizjonomika
  • Labirynty
  • Tryumf Endymiona
  • Endymion