niedziela, 25 kwietnia 2010

Syndrom KTLa

Właśnie skończyłem czytać kolejną książkę. Odkładając ją na półkę część świadomości głowiła się jak mądrze napisać o niej kilka słów, a pozostała część już szukała na półce kolejnej ofiary czytelniczego nałogu.
Z głębi wypłynął jednak lekki wyrzut sumienia "Chłopie, w tym roku, nie przeczytałeś jeszcze ŻADNEGO numeru Nowej Fantastyki!". No nie, faktycznie. Wziąłem do ręki numer kwietniowy, i znowu odbiłem się od paskudnej okładki oraz od wspomnień wydarzeń na forum NF.
Po prostu nie mogę. Tak jak czytać prozy KTLa nie mogę. Osobowość twórcy, zbyt mocno manifestowana i zbyt odległa od mojej wizji człowieka, którego warto słuchać, przesłania mi dzieło.
Wiem, że to źle. Wiem, że coś tracę. Jednak nie mogę. No po prostu nie mogę.

I tyle.

4 komentarze:

a. pisze...

Bo to wszystko jest dokumentnie pokręcone. W wpisie na forum nf, któryście mi podlinkowali KTL się żali, że ja go nie rozumiem, że nikt go w ogóle nie rozumie i życiej jest do dupy. Wszyscy miotamy się w jakiejś plątaninie zależności, których twórcy i uczestnicy zwykle nie zdają sobie sprawy choćby i nikłego procentu kontekstów. Przy czymś taki albo idzie zwariować albo znaleźć sobie jakiś własny kącik, w którym można odetchnąć i pobyć wyłącznie ze sobą i dla siebie. Tak zwyczajnie pooddychać i pogapić się w siebie, albo przed siebie.

draken pisze...

I własnie dlatego (chyba) mam obecnie taką niechęć do internetowego życia, i z tak wielkim utęsknieniem czekam na realne spotkania.
A od gapienia się w głąb siebie to już mnie oczy bolą, a w dal - nic nie widać.
Trzeba by wyjść i pooddychać.

a. pisze...

Kto jak kto, ale Ty masz gdzie pospacerować:). Bo kto jak kto, ale ja to wiem:).

Jan pisze...

Szczerze mówiąc, nie przeczytałem NF juz od dobrych 3 lat...Mam na myśli przeczytanie całego numeru.