czwartek, 16 września 2010

Zagubiony w górach Eremanty

To piąte podejście do próby napisania czegokolwiek o Eremancie. Z biegiem czasu dostaję coraz większego rozdwojenia jaźni, gdy myślę o tej książce. Bo i trzeba ją chwalić i trzeba ganić.
Ta książka nie poleżała długo na mojej półce. Kusiła jakże inna okładka, kusili znajomi. Do zakupu skusiła promocja w saloniku prasowym jakiegoś hipermarketu.
Krótko po lekturze byłem pełen entuzjazmu i gotów do wybaczenia (a raczej, w uniesieniu polekturowym - do niezauważania) pewnych błędów konstrukcji książki. Z biegiem czasu coraz bardziej jednak te mankamenty zyskiwały na wadze. Nie mogąc znaleźć odpowiedniej proporcji - milczałem.
Dzisiaj z kolei, po dłuższym czasie, ciężko przywołać wszystkie myśli, które lęgły się w głowie po lekturze. A było ich niemało. Posiłkować się będę czterema poprzednimi próbami wzięcia się z Eremantą za bary. Całe szczęście, że Agrafek wbił mi do głowy, by niczego nie kasować.

Zadziwiają mnie głosy (szczególnie pań), że książka jest nudna. Michał Cetnarowski słusznie zauważył, że ciężko z takim stwierdzeniem polemizować. To, że książka opisuje świat spokojny, leniwy, w którym żywej akcji brak, a język powieści dostosowuje się do tego, to chyba zaleta, a nie wada? Gdyby Skalska opisywała to z werwą, krótkimi ostrymi zdaniami, byłoby lepiej? To dla mnie zawsze jest pewnym wyznacznikiem jakości lektury - jak treść wspomagana jest jest przez język, konstrukcję zdań. Mistrzostwo (na razie nie do pobicia) osiągnął Wit Szostak w Oberkach do końca świata. No i własnie, czas na cytat z pierwszej wersji tego wpisu: Ostatnio tak dobrze pod względem literackim, napisane teksty widziałem u wspomnianego już Cetnarowskiego i Szostaka. Język Skalskiej daleki jest od prostej komunikatywnej poprawności, której hołdują twórcy ze "stajni" pewnego wydawnictwa. Choć i Skalską "dobrze się czyta". Jednak u niej słowa, choć płyną lekko, maja swoją wagę.
Tu przypomnieć trzeba jeszcze Kubę Nowaka i jego Dziwne dni, w których pęknięcie świata znalazło swoje konstrukcyjne odbicie w tekście. Strasznie cieszy mnie, że mamy autorów, którzy nie ulegają i nie przechodzą na ciemną stronę mocy. Łatwa jest ścieżka językowej poprawności i dobrzesięczytalności.


Kiedy juz pochłonąłem opowieść, zacząłem się zastanawiać, ile poziomów ona miała. I ogarnął mnie strach, że nie odnajdę wszystkich, że nie uda mi się zapisać tych tropów, którymi pobiegły moje myśli po lekturze.
Jednak spróbuję. Przynajmniej częściowo.
Skalska opowiada o samotności. Ponieważ jej kiedyś doświadczyłem, bardzo działały na mnie fragmenty, gdy Magda przebywała sama w domu. To wycofanie sie ze świata i oczekiwanie, że ktoś stan ten przerwie. Zadzwoni, przyjdzie. Jednak to musi być ktoś właściwy. I serio rozumiem bohaterkę, że nie zwiedzała, nie rzuciła się w wir życia towarzyskiego. Pozostała w zamknięciu obcego domu, sam na sam z tajemnicą Eremanty. Magda chyba nie akceptuje siebie, ale nie ma też siły by coś ze swoim życiem zrobić. Pozostaje wycofanie, bo gdy nic się nie robi, to ciężko zrobić coś źle, i czekanie, że coś stanie się samo.
I jakże to podobne do sytuacji eremantczyków. Wycofani z życia, poddają się biernie życiu w utartym schemacie. Nic nie mówiąc - nie ranią i nie są ranieni. Nie popełniają błędów.
Ale tez nie ma w nich życia, nie ma radości.

I właśnie w kontekście tego jak ja odebrałem tę opowieść, w ogóle nie leży mi historia poznawane przez Magdę z listów odnalezionych w domu. Nie leży mi fabularnie, nie czuję jej związku z resztą powieści i nie leży mi konstrukcyjnie. Ta opowieść pojawia się nagle, w pewnym momencie przesłaniając główny nurt książki. Czytając ją, cały czas czekałem na olśnienie, miałem nadzieję, że odkryję w niej coś, co połączy ją z resztą historii. No niby wiem, że chodzi o milczenie, ale... nadal mi nie leży.
Mam wrażenie, że Eremancie przydałoby się jeszcze poczekać. Może autorka powinna jeszcze przed wydaniem poczytać ją kilka razy. Nie wiem. Takie odczucie mam.


Z wielką nadzieją i radością patrzę na to co wyrabia w polskiej fantastyce Powergraph. Chyba żadne inne wydawnictwo nie daje szans tak odmiennej fantastyce, jaką dostaliśmy w Labiryntach Cetnarowskiego i Eremancie Skalskiej. Oby tak dalej. Szostak wyszedł już całkiem z wydawnictw fantastycznych (PIW i teraz Lampa), Skalskiej i Cetnarowskiemu dla rozwinięcia skrzydeł przydałoby się teraz wydać coś co nie kojarzyłoby się tak jednoznacznie z fantastyką. Bo oboje mogą mieć duży udział w poszerzaniu granic. We wzajemnym odkrywaniu się "fantastycznego getta" i "głównego nurtu". I także z tego powodu to ważna książka. Bo pokazuje, że można inaczej.

Pora kończyć ten totalny chaos.

3 komentarze:

a. pisze...

"Pora kończyć ten totalny chaos" to dobre zawołanie na koniec tej notki. Pora kończyć ten chaos definicji i sporów co jest fantastyką, a co nią nie jest i czy wolno w ogóle fantaście publikować poza fantastycznymi wydawnictwami. Pora kończyć chaos spojrzeń spode łbów, obaw, że jak się powieść wyda w fantastycznym wydawnictwie, to nikt jej poza fandomem nie przeczyta, pora kończyć chaos niepewności literackiej już nawet nie naszej, ale tych zaskoczonych czytelników i krytyków, którzy nawet zerkać na naszą stronę płotu się boją:).

Kasia Gomułkiewicz pisze...

<<"Pora kończyć ten totalny chaos" to dobre zawołanie na koniec tej notki.>>
Kolega na przemian serwuje nam akapity wyciągnięte z osobistego luźnopisu (bo brudnopis może brzmieć deprymująco) z wylizanymi zdaniami z jakby już opublikowanej recenzji. W głowie się kręci....

draken pisze...

A bo to własnie prawie tak jest. Napisałem coś zaraz po lekturze, ale jakoś nie do końca byłem przekonany, potem napisałem coś innego, potem znowu i wreszcie, by odklinować zator wpisów czytelniczych, napisałem co widać powyżej. Nie mogąc się zdecydować jak ten wpis wyglądać powinien. A nie napisać o Eremancie byłoby złem największym.
Kto wie czy za jakiś czas znowu czegoś, bardziej składnie, nie napiszę.