niedziela, 10 lipca 2011

Dusza, czyli nie ja

Nie będę ukrywać, iż boję się końca. Różne zdrowotne zawirowania sprawiają, że choć tego nie chcę, myślę o nim coraz częściej. Te same zdrowotne kłopoty doprowadziły także do pewnych obserwacji, z których wyciągnąłem wnioski.
Określam siebie jako człowieka wierzącego, ale z problemami z wiarą. Wierzę więc w duszę nieśmiertelną oraz w to, że coś nas czeka po śmierci. Pomimo tego, do tej pory moim największym lękiem była nicość. Tak, wiem, że inne religie wręcz do tej nicości, niebytu, nirwany dążą. Mnie to przeraża. I nawet logiczne rozumowanie, że skoro mnie nie będzie, to nie będzie i nie będę o tym wiedział, więc nie ma problemu, nie ma czego się bać - jakoś mnie nie przekonywały. Może to sprawiło zbyt wczesne oglądanie Odysei 2001 i wyłączania HALa? To świadome gaśnięcie świadomości. Zdawanie sobie sprawy z odchodzenia w nicość. Ten paroksyzm strachu będący zwieńczeniem całego życia.

Użyłem w powyższym akapicie czasu przeszłego, bo teraz przeraża mnie już coś innego.
Do swoich przeżyć zdrowotnych dorzucam jeszcze lekturę "Ślepowidzenia", seanse "Housa", kilka artykułów z Wiedzy i Życia czytanych na przestrzeni lat, pobyt na oddziale neurologii, kilka przyjmowanych leków.

Co to jest "ja"? Czy to o czym myślę, myśląc "ja" jest tożsame z duszą?Czy dusza jest jakkolwiek połączona ze świadomością? Zadaję sobie to pytanie i odpowiedzi, które mi przychodzą na myśl przerażają mnie.

"Ja" to nie tylko świadomość. To także wybory których dokonuję. Decyduję co dobre, a co złe i wybieram. To ja wybieram. Tylko, że tymi wyborami można kierować, w sposób bardzo daleki od duchowości. Można zmniejszyć skłonność do wybuchów gniewu za pomocą leków. A gniew - to grzech, to wybór zła. Skoro można więc skłonność do grzechu opanować innymi metodami niż "wolną wolą", to czym ona jest?
Bycie złym lub dobrym może też zależeć od naszego stanu zdrowia. Wylew, guz w mózgu mogą nas zmienić. Nie zmieniamy się sami, to nie nasza praca nad sobą, nie uparte dążenie do "dobra". Możemy stać się lepsi, lub gorsi, z całkiem zewnętrznych, niezależnych od naszego "ja" przyczyn.
Skoro więc wybory których dokonuję (i za które mam być sądzony i nagradzany) nie zawsze zależą ode mnie, to dlaczego mam za nie ponosić karę lub dostawać nagrodę? Skoro te wybory sprowadzają się do fizycznego stanu mojego mózgu, to dlaczego ta biedna dusza, która przecież nie jest ciałem, ma być za nie sądzona? Coś mi tutaj nie pasuje.

Boję się więc tego, że dusza to nie ja. "Ja" będące stanem powiązań pomiędzy neuronami zginie razem z nimi. Będzie zanikać przewodzenie i gasnąć będę jak ten HAL. A to co zostanie i pójdzie gdzieś tam, ku wiecznej szczęśliwości, to już nie ja.
Właśnie - tam ma być niezakłócone niczym szczęście. Czy jest ono możliwe, jeżeli pamiętałbym, że na tym świecie zostają moje dzieci ze swoimi problemami? (przecież na pewno będą jakieś mieć). To niebo, wieczne szczęście coraz bardziej wydaje mi się być absolutnie nieludzkie.
Więc może i dobrze, że ja odejdę i nie stanę się obojętnym na wszystko, wiecznie szczęśliwym bytem.

Oczywiście w grę wchodzi jeszcze opcja, iż żadnej szczęśliwości nie dostąpię. Ten wpis też raczej przybliża mnie ku piekłu niż niebu. Ale to całkiem inna bajka...

4 komentarze:

a. pisze...

Szczęśliwie chrześcijaństwo posiada zapis o zmartwychwstaniu ciała. Zakładając więc, że ma rację, to ryzyko sprowadzenia Cię (zredukowania?) do duszy nie istnieje.

Bartek pisze...

Ciekawy wpis. Miałem ostatnio rozmowę z przyjacielem, który jest praktykującym katolikiem. On z kolei przyznał mi się, że najgorszym przeżyciem związanym z wiarą, które pamięta jako dziecko jest moment, w którym uświadamia sobie, że będzie żył wiecznie i trwoga tym spowodowana, która sprawia, że nie przesypia nocy. Symetria?
Piszesz: "Ja" to nie tylko świadomość. To także wybory których dokonuję. Decyduję co dobre, a co złe i wybieram. To ja wybieram.

I ponosisz konsekwencje swoich wyborów. Zarówno tych "dobrych" jak i "złych". Piszę w cudzysłowiu, bo nie sposób Tobie tego ocenić. I nie za konsekwencje będziesz rozliczany, bo tych nie jesteś w stanie przewidzieć, ale za intencje.

Piszesz: Tylko, że tymi wyborami można kierować, w sposób bardzo daleki od duchowości. Można zmniejszyć skłonność do wybuchów gniewu za pomocą leków. A gniew - to grzech, to wybór zła. Skoro można więc skłonność do grzechu opanować innymi metodami niż "wolną wolą", to czym ona jest?

I tu dokonujesz IMO pomylenia pojęć, z czego wynika sofizmat. Rozróżniaj dwie rzeczy – emocje i czyny. Na pierwsze nie masz wpływu. Czujesz złość, lęk, radość etc. bo tak jesteś skonstruowany. Ale nie znaczy to, że masz im się bezwolnie poddawać. To podstawowe rozróżnienie między złością, a agresją. Każdy ma prawo do złości, bo to podstawowa emocja powiązana z frustracją. Ale kluczem jest to, żeby złość nie zmieniła się w agresję. Największym błędem, jaki można zrobić jest mylenie emocji z działaniami. Na emocje wpływu nie masz, na swoje działania masz. I nie ma „dobrych” i „złych” emocji. One są. Musisz je zaakceptować i pogodzić się z bezradnością wobec nich.
Ale po pierwsze najpierwsiejsze – musisz umieć emocje ponazywać, skontaktować się z nimi i pozwolić na ich ujawnienie. I tu niestety nasza opresyjna kultura przynosi opłakane skutki. Ale to materiał na esej, a nie komentarz do posta :)

Piszesz: Bycie złym lub dobrym może też zależeć od naszego stanu zdrowia. Wylew, guz w mózgu mogą nas zmienić. Nie zmieniamy się sami, to nie nasza praca nad sobą, nie uparte dążenie do "dobra". Możemy stać się lepsi, lub gorsi, z całkiem zewnętrznych, niezależnych od naszego "ja" przyczyn.

Tak, i dlatego w definicji grzechu w etyce katolickiej są dwa słowa. „Świadome” i „dobrowolne” sprzeciwienie się któremuś z przykazań. Jeśli nie ma wolnej woli, nie może być grzechu – cała przypowieść o wygnaniu z raju jest de facto przypowieścią o uzyskiwaniu władzy nad instynktami (emocjami) czyli dorastaniu. I tak jak dziecko, w którymś momencie musi opuścić rodziców, tak Adam i Ewa musieli opuścić Eden. Bo stali się świadomi grzechu. Bo wiedzieli co złe, a co dobre. I skończyła się słodka wolność bezwyboru – paradoks pozorny, bo niewola daje ludziom wolność. Bo pozbawiony wolności wyboru człowiek przestaje popełniać grzechy.

Piszesz: Skoro więc wybory których dokonuję (i za które mam być sądzony i nagradzany) nie zawsze zależą ode mnie, to dlaczego mam za nie ponosić karę lub dostawać nagrodę? Skoro te wybory sprowadzają się do fizycznego stanu mojego mózgu, to dlaczego ta biedna dusza, która przecież nie jest ciałem, ma być za nie sądzona? Coś mi tutaj nie pasuje.

I tu wrócę do dwa akapity wcześniejszych rozważań. Dualizm jest pozorny. Dychotomię unieważniam jednym prostym posunięciem zrównując duszę z emocjami, a ego (self czy jakkolwiek zechcesz sobie nazwać swoje świadome „ja”) z czynami. I wtedy jest prosto – na emocje nie mam wpływu, nie mogę być za nie sądzony. Na czyny mam wpływ, ale nie mam świadomości tego, jakie będą ich skutki, bo nie jestem jasnowidzem. W związku z tym sądzony będę za intencje. Jeżeli podejmuję decyzję w zgodzie z sobą i ze swoim pojmowaniem „dobra” (bez wgłębiania się w definicje tegoż, bo do rana nie skończę), i są to decyzje po pierwsze „w momencie wyboru dobre”, po drugie „dobrowolne” (a nie spowodowane lekiem/wylewem/udarem), to nie popełniam grzechu. QED, idę spać, a Internet padł i przeczytasz ten koment pewnie pojutrze :P

Harkonnen2 pisze...

Z sądzeniem za intencje widzę jeden drobny kłopot. Skoro skutki mniej się liczą niż intencje, to co zrobić z przypadkami, w których ze złych intencji w jakiś sposób wynikają dobre skutki (ja wiem, logika i algebra Boole'a podpowiadają, że to nie do końca możliwe). Jak osądzić kogoś, kto, parafrazując Goethego, wiecznie zła pragnąc wiecznie czyni dobro? Albo co zrobić w przypadku, gdy dajmy na to mam szczerą ochotę kogoś zamordować, ale nie czynię tego tylko ze względu na strach przed konsekwencjami? Podjąłem decyzję, skutki są, intencje również. W drugim przypadku nieco to pachnie Orwellem i myślozbrodnią. Oczywiście mieści się to w koncepcji "zgrzeszenia myślą", ale jako ateuszowi taka koncepcja mi niekoniecznie pasuje...

Bartek pisze...

Wyważamy teoretycznie drzwi wielokrotnie już w teologii otwierane, ale powtórek nigdy dosyć :)

"Skoro skutki mniej się liczą niż intencje, to co zrobić z przypadkami, w których ze złych intencji w jakiś sposób wynikają dobre skutki (ja wiem, logika i algebra Boole'a podpowiadają, że to nie do końca możliwe)"

Ale przecież ze złych intencji, ba ze złych w momencie popełnienia czynów wyniknąć mogą jak najbardziej "dobre" skutki!! Niestety, a właściwie IMO na szczęście nie wiadomo co się w przyszłości wydarzy i stąd klasyczny dylemat - masz możliwość cofnięcia się w czasie i wrzucenia dwuletniego Hitlerka do rzeki Inn. Patrz ile paradoksów - czyn sam w sobie zły - morderstwo dziecka. Intencje teoretycznie dobre - oszczędzenie milionów istnień ludzkich w przyszłości.

Co z tego, skoro nie wiemy, czy po zabiciu małego Hitlerka zamiast niego nie doszedłby 10 lat później do władzy jakiś równie szurnięty Hitler-bis, który w tym czasie dysponowałby bombą atomową i jej użył mordując nie miliony, a miliardy istnień? I co wtedy?

Pozostaje więc sądzenie za intencje w momencie popełniania czynu. Zwłaszcza, że w teologii chrześcijańskiej Bóg jest nieskończenie sprawiedliwy, oraz wszechwiedzący więc wie, jaki kto miał zamiar.

Ciekawsza jest druga kwestia:

"Co zrobić w przypadku, gdy dajmy na to mam szczerą ochotę kogoś zamordować, ale nie czynię tego tylko ze względu na strach przed konsekwencjami?"

Tu problem jest bardziej złożony, ale nie do końca - w końcu rozliczani jesteśmy z intencji, ale czynów popełnionych, a nie zamyślonych. Chociaż zgrzeszyć można również myślą - z grzechów głównych przecież taka zazdrość jest klasyczną "myślozbrodnią".

Jeśli chodzi o złe intencje, które nie prowadzą do popełnienia złych czynów wyłącznie z lęku przed konsekwencjami na tym (więzienie) lub tamtym (piekło) świecie. Ja uważam, że jeśli ktoś nienawidzi kogoś tak bardzo, że chciałby go zabić, ale boi się konsekwencji, to popełnia grzech nienawiści, mniejszy jednakowoż niż dokonanie zabójstwa. Chrześcijańska teologia ma tu jednak znowu dwa piękne wytrychy: nieskończoną sprawiedliwość Boga, oraz klasyczne "Duch tchnie kędy chce".

Nie jestem specjalistą teologii, jeno agnostykiem, który czyta dziecku Biblię, bo uważa, że rosnąc w kręgu naszej kultury mój syn musi znać zarówno greckie mity jak i biblijne przypowieści. Analityczne rozkminianie tego typu dylematów jest IMO równie jałowe jak zastanawianie się nad tym czy wolna wola istnieje - zawsze znajdziemy jakieś reductio ad absurdum. Najlepiej jest więc po prostu żyć zgodnie ze swoim poczuciem dobra i zła.