czwartek, 4 sierpnia 2011

Jednak nie dla mnie

Przetacza się własnie przez polskofantastyczną internetosferę dyskusja. Strach do niej dołączać, bo nie byle kto nastawiał w niej zdań. Walewski, Zimniak, Podrzucki, Majka, nosiwoda, Ziuta... Ho ho, strach się odzywać w tym gronie. Ale zbiegło się to z moim prywatnym bólem po przeczytaniu "Nova Swing" Harrisona, i pozwalam sobie dorzucić kilka zdań od siebie. U siebie, może nikt nie zauważy.

Nie dałem rady tej książce. Czytałem ją ponad miesiąc, męcząc się z każdą stroną. Pod koniec nieco przyspieszyłem, oczekując olśnienia. Ostatnie strony przewracałem z nadzieją na błysk światła, na nagłe ułożenie się elementów układanki.
Nic takiego nie nastąpiło.
Ja jej po prostu nie zrozumiałem. Chyba. Bo może jednak ona jest o niczym. Ale pewnie nie. Wiec to ja jej nie zrozumiałem. Skoro cały świat zachwyca, tak mi mówią różne strony z internetów, to dlaczego mnie nie zachwyca?
Rzucam się więc w wir poszukiwania sensu tej powieści. Niechże dojrzę, czego nie zrozumiałem. Z trudem, ale jednak, czytam recenzję red. Clute. I widzę, że chyba nic nie przegapiłem z sensu książki. Tylko, że pomysł mnie nie porywa. Obawiam się, że nie jestem w targecie.

Kiedy sięgam po książkę, chcę wejść w inny świat. Chcę opowieści i chcę zadziwienia. Ale takiego zadziwienia które raczej powinno graniczyć z zauroczeniem wyobraźnią (bądź wiedzą) autora a nie z CJK czy AOC (co jest, kurwa? oraz ale ossso chooozi?).
Stwierdzam, że nie bawi mnie żonglerka symbolami. Nie bawi mnie pogoń za znaczeniami przemyślnie ukrytymi w tekście. Obawiam się, że nie mam już w życiu czasu na zgłębienie całego dorobku literackiego ludzkości by w lot wychwytywać wszelkie odwołania i odniesienia do wszelkich możliwych powieści, które autor zna i postanowił wpleść w swoja fabułę odwołania do nich. Ja jestem leśnikiem, nie literaturoznawcą. Książki pisane dla znawców literatury chyba muszę sobie podarować. Bo skoro dobrze zrozumieć pewne książki może tylko ktoś w tym kierunku wykształcony... to mi szkoda na nie czasu. Napisała zresztą to sama redakcja F&SF na facbooku:
 dwójka naszych krytyków ma doktoraty, jeden habilitację, a jeden jest w trakcie pisania doktoratu - a to wszystko z literatury, więc siłą rzeczy są to ludzie kompetentni, którzy nie tyle "wiedzą lepiej", ile więcej o literaturze, ponieważ badają ją wytworzonymi do tego rozmaitymi narzędziami
Ja przychylę się raczej do zdania nosiwody.
można być ambitnym i czytelnym (czytalnym). To, że niektórzy ambitni przestają być czytalni, a czytalni często nie są ambitni – no cóż, trudno. Prawdziwym Mistrzem wg mnie będzie ten albo ta, komu uda się połączyć te dwie cechy – a nie ten, który swą ambicję postawi na piedestale i „łamaniem schematów literackich” doprowadzi do wielkiego WTF czytelnika. Powieści bowiem – wciąż moim zdaniem – są zasadniczo pisane dla czytelników, a nie dla krytyków  
Co ciekawe nie mam takiego problemu z coraz rzadziej występującą SCIENCE fiction.  Przeczytana na początku roku trylogia Wawrzyńca Podrzuckiego też wymagała pewnego wysiłku intelektualnego, gdyż w trakcie lektury czułem, że nie jest to wizja świata w typie "a teraz wymyśle sobie cośtam". Świat Yggdrasil powstał na solidnej podstawie wiedzy autora i jej logicznego rozwinięcia w zadanej fabularnie sytuacji.
Długo bałem się prozy Dukaja, zewsząd słysząc jaka to ona trudna. "Lód" przeczytałem jednak z przyjemnością: bez bólu zmęczenia wyczerpującym wysiłkiem, raczej z satysfakcją jaką daje ból mięśnia po dobrym treningu. Bo ta powieść też jest LOGICZNA.
Teraz strzelę trochę na oślep (bo nie wszystkie z wymienionych w następnym zdaniu książek czytałem) mając jednak wrażenie, ze w miarę celnie. Powieści takie jak: Trojka, Viriconium, Atrament, Welin, Światło, Nova Swing są chyba bliższe poezji. Rządzą się pewnie jakąś logiką, ale czy nie jest to logika bliższa logice snu? One chyba nie mają opowiedzieć historii, one mają wywołać we mnie wrażenie, stan emocjonalny. A mnie to nie rusza. Nie wiem co musiałbym ze sobą zrobić. Przebudować osobowość? Cofnąć czas, by zmienić doświadczenia życiowe, które uczyniły mnie tym kim jestem?
Napisałem redakcji F&SF na fejsbooku jeszcze w trakcie lektury Nova Swing
Piszcie o tej powieści i innych nietrafiających do serc polskich fantastów. Taka Wasza rola. Ja kiedyś nie ruszyłbym whisky. Aż przypadkiem trafiłem na degustację połączoną z opowieścią o jej historii i dokładnym "szkoleniem" jak ją smakować. Wręcz którą częścią języka poczuć który jej składnik. Jak je rozpoznać. Okazało się, że z pozycji "pali w gębie, ble niedobre" wskoczyła na pozycję ulubionego trunku. Ale do tego trzeba nauczyciela. Kiedyś była nim "Fantastyka". Teraz to Wy macie potencjał na pokazywanie nowego.
i się z tego nie wycofuję. Trzeba o tych powieściach pisać, bo stanowią jakiś nurt fantastyki. Ale ja mimo wszystko nie będę się chyba w nim zanurzać. Zdecydowanie wolę zanurzyć się na dno oceanu z Wattsem. Bardzo zdecydowanie.

Bardzo starałem się by ten wpis nie był recenzją ani polecanką, w związku z czym mogę chyba smialo napisać, że żadna ksiązka nie ucierpiała w wyniku powstania tego wpisu.

4 komentarze:

a. pisze...

"Nova Swing" jest specyficzna. Też jej jeszcze nie rozgryzłem i trochę stoję na rozstajach, bo nie wiem, czy to ja taki tępy, czy też nie ma czego rozgryzać. O ile "Światło" mam za eksperyment (tak wyszło z dyskusji o powieści na DOF), o tyle w "Novej..." nie widzę prawie nic. "Prawie", bo myśli mi się, że to powieść o nostalgii, próbująca namalować tę nostalgię nie fabułą i postaciami, ale słowami, bardziej obraz niż dokonanie literackie. Teoretycznie miałbyś wtedy rację, pisząc o bliskości tej prozy do poezji. Nie widzę jednak powodu, dla którego proza nie miałaby sięgać po takie próby.
Ale - jak zastrzegłem - wcale nie jestem pewien tego odczytania.

Ciekaw jestem, co będziesz sądził o "Wydrążonym człowieku" Simmonsa. Przeczytałem ostatnio na którymś z portali recenzję, autorstwa kogoś, kto przeczytał tę powieść jak ja kilka lat temu, za pierwszym razem. Tzn. nie zauważył tego wszystkiego, czego i ja nie zauważyłem i też mi się wydawały niektóre fragmenty powieści niepotrzebne i przesadzone. A wspominam o tym, że to właśnie taka powieść, która matematykę miesza z literackością, próbując może sprostać fantastyce, która wyrasta pięknie tak z wzorów, jak i z metafor.

Harkonnen2 pisze...

Drakenie, drakenie! Mogę jedynie napisać tu i teraz, że mam niemal identyczne przemyślenia, choć do tej pory nie udało mi się ich tak ładnie jak tobie ubrać w słowa. Osobiście ostatnio zauważam, że spora część och, ach, cudownych książek kompletnie do mnie nie trafia z takich czy innych powodów. Ot chociażby ostatnio przeczytana "Rzeka bogów" - dwa, może trzy ciekawe wątki, a reszta...

Z innych rzeczy zastanawiam się, czy w pogoni za "profesjonalizmem", "ambitnością" i "rozwojem czytelniczym" część wypowiadających się o książkach nie straciła umiejętności czerpania "zwykłej" przyjemności z lektury, przez co ochy i achy dostają książki, które może i faktycznie intelektualnie wybitne, ale wyrywające zęby i wywracające flaki podczas czytania. Ale to tylko takie moje blebleble

a. pisze...

Może być i tak, Harko, że zatraciwszy tę umiejętność specjalnie zachwalają rzeczy niestrawne, by cały świat pokarać za swoje kalectwo.

Harkonnen2 pisze...

Też tak może być, choć osobiście wolę założyć po prostu, że zapędzili się przypadkowo i inaczej już zwyczajnie nie potrafią. Taki literacki, samowybrany masochizm ;)