poniedziałek, 24 maja 2010

Bliżej świata - Pentagon Channel


To wina szwagra, który kiedyś pokazał mi, jak zainstalować na dekoderze polsatu liczbowego więcej kanałów. No to mam ich teraz coś około tysiąca, i w cyklu "Bliżej świata" nawiązującym do pamiętnego programu telewizyjnego przedstawiającego wyposzczonej polskiej widowni kolorowe obrazki z satelity, będę przedstawiać co bardziej smakowite/odczapowe/przerażające programy. Jeśli pojawi się wpis o jakimś programie o modzie, będzie to oznaczało koniec cyklu, zgodnie z tradycją.


No to na pierwszy ogień idzie Pentagon Channel.
Ostatni raz widziałem pana w mundurze prowadzącego program, jak na ulicy kolo komisariatu płonęły koksowniki i stał pojazd opancerzony typu SKOT, a jak się zasiedzieliśmy u babci, to trzeba było wracać bocznymi uliczkami pod lasem.
Więc jak widzicie, konotacje nienajlepsze. Tym bardziej, że zaobserwowani prezenterzy byli dość sztywni, choć chyba nie chcieli tacy być.
Zaobserwowany program to, jak widać, Today's Air Force czyli
Weekly 30 minute newscast includes timely, topical news and information items that are relevant, valuable and useful to people interested in United States Air Force, its people, its programs and its military missions.


Ja jednak poczekam na The Grill Sergeants, a Pentagon Channel original program, is a weekly, half-hour cooking show featuring some of the military's top chefs as they guide viewers through step-by-step menu preparation, along with important nutrition and food safety tips.

W labiryncie sensu, na rubieżach zrozumienia




Szybki rzut oka na panel "Realizacja planu 2010" pokazuje, że nie mam w tym roku dobrego tempa czytelniczego. Przeczytałem jednak, idąc jednym ciągiem, trylogię Jeffreya Forda. I do tej pory nie napisałem o niej ani słowa. Dlaczego?

Gdyby ktoś zapytał mnie: warto to czytać? odpowiedziałbym bez zastanawiania, że warto. I modliłbym się, bym nie musiał tłumaczyć dlaczego warto.
Krótko po lekturze ostatniego tomu oświadczyłem w rozmowie z Agrafkiem - "Jestem tak głupi jak na początku". "To napisz o tym" - odpowiedział. Tylko jak tu napisać, że się nie wie co napisać?

Wybaczcie wiec chaotyczność tej notki. Spróbuję po prostu poskładać luźne myśli dotyczące tych książek, pałętające mi się po głowie.

Książki nie są zbyt obszerne, nawet miałem taką złość, że w sumie po co jest ich aż trzy, to spokojnie (objętościowo) mogłaby być jedna powieść. Jednak w miarę czytania okazywało się, że choć są częścią większej całości, są zupełnie inne.
Każda z nich dzieje się na innym poziomie rzeczywistości. "Fizjonomika" to świat realny (przynajmniej dla głównego bohatera, bo ja ciągle miałem wrażenie, że całe Dobrze skonstruowane Miasto i reszta świata sa tylko wytworem umysłu, co poniekąd jest prawdą...), "W labiryncie pamięci" to dla Cleya świat nierealny, świat umysłu Drachtona Nadolnego, który z racji przeżywanych tam uczuć, jest dla niego chyba bardziej rzeczywisty niż prawdziwy. A na pewno atrakcyjniejszy. I na koniec "Rubieże", w których realnośc opisywanych zdarzeń stoi pod wielkim znakiem zapytania.
Nie wiem, czy trylogia Forda to owo mityczne "new weird". Jeżeli ktoś tak to szufladkuje i wrzuca tam też "Lód" Dukaja, to ja przestaje pojmować ideę szufladek. Powieści Forda są bardzo surowe, brak tu rozbuchanych opisów, dogłębnej kreacji świata w najdrobniejszym detalu. Świat Dobrze skonstruowanego Miasta, labirynt pamięci Drachtona i rubieże odmalowane są surową kreską, dającą pole do popisu dla wyobraźni czytelnika. Te światy stwarzają się w głowie, i mam wrażenie, że z upływem czasu pozostają w pamięci głębiej, odciskają się mocniej niż opisywana w szczegółach lodowa rzeczywistość Dukaja.
Odnalazłem tez w świecie Cleya pewne podobieństwo do dwóch światów stworzonych przez KTLa - w opowiadaniach "Wieża imion" i "Podziemna rzeka". Tak tam, jaki tu odnosiłem mocne wrażenie, że przedstawiony świat jest jedynie )albo aż) teoretycznym konstruktem niosącym określona treść. Takim miejscem idei zawieszonym w niebycie. Wyraża się to w odczuciu, ze nic poza przedstawioną scenerią nie istnieje, jest tu pewna umowność, teatralność. Choć może to się wydawać sztuczne - nie jest tak. Taki świat czuje mocniej, jakby stał w świetle reflektora, jakby można go było obejrzeć z każdej strony.

No i popłynąłem w nieczytelne dygresje. Czas więc kończyć, ów złożony samemu sobie dowód, że nie potrafię pisać o książkach.
Nie zrażajcie się tym i przeczytajcie trylogie Forda.

środa, 12 maja 2010

Uroki pamięci

Kilka dni temu syn koleżanki z pracy zjawił się w jej biurze udając się na maturę (angielski ustny). Byłem tam i ja i nie mogłem sobie odmówić przyjemności wykopania młodego człowieka przez drzwi na korytarz i na szczęście. Oczywiście mama była pierwsza, ale nie wykopała go przez próg, musiałem więc poprawić. Na dodatek kopniak obcej osoby przynosi więcej szczęścia.
Wytłumaczyłem to zdziwionej koleżance opowiadając jej historię, jak to mój starszy brat został wykopany za drzwi gdy przyszedł wiele lat temu przed swoją maturą do pracy mamy. Wykopała go młoda pani doktor ginekolog, która chyba była tam pierwszy dzień w pracy (dzieje się to w przychodni).
I niby wszystko ok, ale opowiadam mojej mamie później przez telefon, o tym jak to opowiedziałam koleżance całą sytuację wykopania brata za drzwi, a mama na to "Ale przecież ciebie przy tym nie było..."
Zdębiałem. Jak to - nie było? Przecież ja tę scenę widzę w pamięci bardzo dokładnie: wręcz mogę przywołać wyrazy twarzy każdej z osób.
Siedziałem i myślałem, długo. I doszedłem do wniosku - fakt, nie było mnie tam. Ja też znam to z opowieści.
Ale znam też brata, no i mamę i nawet ową panią doktor znam jako-tako. I zastanawiam się jak nieprzewidywalnym urządzeniem (i genialnym i strasznym) jest mózg. Bo on dla mnie wyreżyserował tę scenkę, scenografia znana, osoby i ich reakcje, mimika - znane. No to do dzieła! Opowieść wielokrotnie powtarzana została "nakręcona". Tak wiernie, że wziąłem ją za swoją.

Pytanie - ile jeszcze mam takich "wspomnień"? Przy jakich wydarzeniach tak naprawdę nie byłem? Ile z nich dotyczy osób, których już nie spotkam, i nie będę w stanie ich zweryfikować?
No więc pocałowałem w przedszkolu pewną Magdę za fortepianem, czy nie? Na pewno chciałem. Na pewno wielokrotnie opowiadałem, że to zrobiłem. Mam w pamięci jakieś urywane wspomnienia, świadczące, że tak. Ale czy na pewno?
W liceum, rozstając się z pewną Darią (będąc przez nią rzuconym) rzeczywiście udało mi się powiedzieć wszystko to co chciałem jej powiedzieć w odpowiednim momencie, a nie po fakcie, jak to zwykle u mnie bywa? Czy może litościwa pamieć wyreżyserowała dla mnie taką scenę na pocieszenie?

Takich ( i innych) pytanie mógłbym stawiać sobie mnóstwo. Nie ma na nie odpowiedzi. Trochę to przerażające.

piątek, 30 kwietnia 2010

niedziela, 25 kwietnia 2010

Syndrom KTLa

Właśnie skończyłem czytać kolejną książkę. Odkładając ją na półkę część świadomości głowiła się jak mądrze napisać o niej kilka słów, a pozostała część już szukała na półce kolejnej ofiary czytelniczego nałogu.
Z głębi wypłynął jednak lekki wyrzut sumienia "Chłopie, w tym roku, nie przeczytałeś jeszcze ŻADNEGO numeru Nowej Fantastyki!". No nie, faktycznie. Wziąłem do ręki numer kwietniowy, i znowu odbiłem się od paskudnej okładki oraz od wspomnień wydarzeń na forum NF.
Po prostu nie mogę. Tak jak czytać prozy KTLa nie mogę. Osobowość twórcy, zbyt mocno manifestowana i zbyt odległa od mojej wizji człowieka, którego warto słuchać, przesłania mi dzieło.
Wiem, że to źle. Wiem, że coś tracę. Jednak nie mogę. No po prostu nie mogę.

I tyle.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Synestezja


Nie kupiłem i już sie nie dowiem jak pachnie kolor fioletowy.
A poza tym dochodzę do ogólnego wniosku, że nie mam nic do powiedzenia.
Posted by Picasa

środa, 7 kwietnia 2010

piątek, 2 kwietnia 2010

Złoty poranek


Są takie poranki (czasami i wieczory), własnie złote, choc niekoniecznie kolorem. Kiedy wychodząc z domu uderza mnie niezwykła ostrość widzenia, niezwykła przejrzystość i czystość. Kiedy wszystko wydaje się być (jest!) mocno, naprawdę, właściwie, na swoim miejscu, tak jak być powinno. Kiedy ptak odzywa się w odpowiednim momencie, wiatr powiewa właśnie w chwili, gdy skóra chce go poczuć. Prawie spóźniam sie wtedy do pracy, bo nie mogę nie stanąć i nie zapatrzeć się, chłonąc tę czystość. I jeszcze chwilę dłużej czuć, że możn być jej częścią. Ech... złudzenia złotego poranka.
Posted by Picasa

sobota, 27 marca 2010

Bociek


Bociek przyleciał, może tylko odpoczywał, może przyleciał do kota. Tak sobie to tłumaczę.
Posted by Picasa

czwartek, 11 lutego 2010

Taka sobie bajeczka

Tego dnia z biura kierownika Domu Kultury w Fantazjowicach Nowych z trzaskiem drzwi i wesołą pieśnią na ustach wyszedł znany, acz niedoceniany twórca Prawandowski. Kaowiec Jeżyna minął go na korytarzu i aż przystanął ze zdziwienia. Prawandowski tutaj? Czyżby dwuletni okres kary, nałożonej przez poprzednie kierownictwo ośrodka właśnie się skończył?
Nie dane było mu dłużej zadumać się nad tym faktem i jego możliwymi implikacjami, bo drzwi kierownika otworzyły sie znowu.
-o, Jeżyna, właśnie miałem iść do was. Wchodźcie, wchodźcie - kierownik szerokim gestem zagarnął zdumionego Jeżynę do środka.
-Siadajcie Jeżyna, siadajcie.
Kaowiec usiadł i zapatrzył się na szeroka donicę z Deschampsia flexuosa, ulubioną roślinką nowego kierownika ośrodka.
-Powiem krótko Jeżyna. Nie jesteśmy zadowoleni z działania niektórych podległych wam oddziałów naszego ośrodka.
Serce wątłego kaowca na chwilę zamarło. Powróciło widmo zwolnienia prześladujące go odkąd poprzedni kierownik odszedł tworzyć nowy, lepszy ośrodek kultury w sąsiednim powiecie.
-Czy... czy chodzi o dział kulturalno - oświatowy, panie kierowniku? - zdołał wydusić przez ściśnięte gardło.
-Nie, nieee... no co wy? Chodzi o tę dyskotekę przy ośrodku.
Kierownik stanął przy oknie i zapatrzył się w siną dal.
-Dzwonili z centrali, że są skargi. Co tam właściwie się dzieje? Ja nie mam czasu ani ochoty pojawiać się na tych imprezach, ale wy, jako odpowiedzialni za tę tancbudę chyba wiecie?
-Ja tez tam nie bywam, raczej z obowiązku, czasami. Bo generalnie to wole inna muzykę i chodzę do innego lokalu.
-No ale służbowo to chyba jednak tam bywacie, co?
-No tak, tak, służbowo, bywam, tak... - zestresowany Jeżyna mruczał coraz ciszej.
-No i właśnie. Więc ja wam powiem Jeżyna, co zrobicie. Bo widzicie, ja tam sobie poszedłem. I co widzę? Szarość, nuda i ogólne niezadowolenie imprezowiczów. A jak jest niezadowolenie, to potem zaczynają się, donosy, że nie dbamy, nie szanujemy, że się nie interesujemy. Ludzie chcą rozrywki, chcą żeby coś się działo. No i chcą kogoś znanego.
-Czy ma pan na myśli... Prawandowskiego? - Jeżyna odważył się wejść kierownikowi w słowo.
-Tak, właśnie tak. Prawandowski to wysokiej klasy artysta. On nam tę dyskotekę odnowi. Jak zobaczyłem te szare ściany... On je ubarwi swoim dziełem.
-Ale panie kierowniku, to właśnie po ostatnim happeningu Prawandowskiego przed dwoma laty dyskotekę opuściło kilku etatowych wodzirejów, a my, no musieliśmy odmalować lokal. Z braku środków - na szaro. Tylko taka farba była dostępna.
-Juz wy się tym Jeżyna nie martwcie. Będzie dobrze, będzie kolorowo, będzie artystyczny ferment. - kierownik rzucił mu ostre spojrzenie - Chyba, ze macie lepszy pomysł jak SAMEMU uzdrowić sytuację?
- Nie nie... To chyba... dobry pomysł...
-No, to się cieszę, ze się rozumiemy. I wiecie, nie martwcie się tak. Prawandowski bardzo chce u nas etat, więc mamy go pod kontrolą.
Jeżyna zaczął zbierać się do wyjścia.
-Acha, Jeżyna. Jedno pytanie: te wentylatory pod sufitem to działają? Prawandowski pytał. Chce je jakoś wykorzystać w tym happeningu.
-Działają, tak, Tylko trzeba mu dać klucze od sterowni. Nie wiem co nasz dochodzący stróż na to powie, strasznie nie lubi jak ktoś mu się tam kręci.
-Stróż, ten mąciwoda? Nie przejmować się nim Jeżyna, dać klucze Prawandowskim.
-Tak jest panie kierowniku.

-*-

Cotygodniowa dyskoteka zgromadziła przeciętną liczbę imprezowiczów. Ani mniej ani więcej niz zwykle. Jeżyna obserwował rozwój imprezy ze swojej kanciapy.
-Wróciłem! - przez salę przetoczył się ryk Prawandowskiego. Muzyka umilkła, imprezowicze zamarli w tańcu.
-Światła na mnie! - ryczał dalej artysta - Wentylatory w ruch! Niech wiruje i kręci się kręci w dzikim szale tancbuda! WRÓCIŁEM!!
Pomimo, ze starał sie skulić za swoim biurkiem, ktoś jednak przez szybę dostrzegł Jeżynę. Kilka osób pokazało go sobie palcami, naradzili się i przyszli do kanciapy. Jeżyna znał kilkoro z nich. Ciemnoleski, Wiśniewska, Czerwiec i kilku innych nieznanych z nazwiska. No i ten mąciwoda stróż od siedmiu boleści.
-Panie Jeżyna, co to ma znaczyć? Co ten facet tu robi? Znowu ma popsuć zabawę? Nie pamięta pan co się stało ostatnio?
-Co się czepiacie! - Jeżynie momentalnie skoczyło ciśnienie - decyzja kierownictwa ośrodka Prawandowski może uczestniczyć w imprezach i wykorzystywać lokal do happeningów twórczych. To nasz lokal i to my decydujemy co się tu dzieje!
Nawet jeśli chciał powiedzieć coś więcej, przeszkodziły mu krzyki z sali. Przez szybę zobaczył Prawandowskiego rzucającego czymś w wentylator. Ludzie uciekali w popłochu, ktoś próbował go powstrzymać, wywiązała się bójka. Jeżyna westchnął i wyszedł na salę.
Uderzyła go fala smrodu. Prawandowski stał nadal pod wentylatorem i radośnie rzucał w nie gównami.
-Patrz Jeżyna! To jest SZTUKA, to są emocje! Patrz i ucz się!
Na ścianach lokalu pojawiły sie sylwetki. Jak cienie ludzi po wybuchu bomby atomowej. "Pacykarz nie artysta" pomyślał Jeżyna.
Do kaowca podeszli ochlapani gównem imprezowicze. "Teraz to dopiero będzie  pomyślał i nawet przez chwilę chciał stanąć po ich stronie, ale potem przypomniała mu sie sterta niezapłaconych rachunków, długa lista niekupionych ciągle książek, no i ten wyjazd ze znajomymi w czasie urlopu. Gdy obrócił oko swej jaźni z wnętrza na salę, wzburzenie sięgało juz zenitu.
-Cisza! - krzyknął i tupnął nóżką. - O co macie pretensje? Mogliście przecież założyć jakieś peleryny! A że śmierdzi? A może są tutaj tacy którym to się podoba! O tym nie pomyśleliście, co?
-Ja to pierdolę - powiedział stróż i cisnął miotłę w kąt. - Są inne światy i słońca nad nimi.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Ja podziękuję

Dostałem maila od Andrzeja Zimniaka. Drugi raz miałbym być elektorem Nagrody im. Żuławskiego. Ale podziękuję. Wystarczy mi wyrzutów sumienia po poprzednim głosowaniu. Tak, powinienem był już w zeszłym roku zrezygnować. Nie nadążam za polską fantastyką. I wcale nie chcę nadążać. Szybkie przejrzenie listy opublikowanych książek - przeczytać chciałbym kilka. Z czego przeczytam kilka minus trochę. Z czego to co zostanie to pewnie nawet nie w tym roku. Więc jak w tytule.

Kot i komp


Ostatnimi czasy ulubione miejsce Kocioła do spania.

piątek, 29 stycznia 2010

sobota, 2 stycznia 2010

Przedwczesne spełnienie 2

Nie mogę znaleźć dobrego tytułu dla tego co chcę napisać, więc posiłkuję się poprzednim. Też pasuje. Post jednak będzie o czyms innym.

Agrafek nakopie mi do tyłka i będzie miał rację.
Ale od początku.
W czasie swojej u nas wizyty Agrafek i ja uratowaliśmy małego kotka spod sterty desek. CZarny jak sam diabeł kociak miał zostać u nas w domu. Agrafek mówił: kota trzeba odrobaczyć. OK. Tylko, że kot nie został, wrócił do swojej kociej mamy. Przyszedł lisopad i zjawił się w naszym domu kot znany już z tego bloga. Kot zwany Luceriną albo po prostu Kotem lub Kociołem. Przybył dramatycznie. Jednego dnia zjawiły się na naszym balkonie dwa małe kotki, dostały jeś i pić i poszły sobie. Na drugi dzień rano jeden leżał martwy pod balkonowymi drzwiami, a drugi siedził przy nim. Został złapany, oswojony, przygarnięty. I dochodzimy do przedwczesnego spełnienia. Bo juz się rozgrzeszyłem, zrobiłem cos dobrego, uratowaliśmy kotka, daliśmy mu dom. Zapomniałem, że ratując czyjeś zycie, bierze się za nie odpowiedzialność. Trzeba o nie zadbać. Jakoś wyleciało mi z głowy to odrobaczanie. Teraz kot jest chory. Biegunka, rzyganie i robaki w tym wszystkim.
To nie koniec. Trzeba się było zainteresować. Trzeba było poczytać w sieci, jak mówił Agrafek. Powłazić na fora. Wtedy bym się dowiedział, że kocie robaki sa groźne dla ludzi, zwłaszcza dla dzieci.
Stało się. Wstyd, złośc, nerwy. Wszystko przez zbyt wczesne samozadowolenie. Nigdy nie jesteśmy tak dobrzy, jak moglibyśmy być.
Cholera.

czwartek, 31 grudnia 2009

Przedwczesne spełnienie

Choć to zwykle nasza wina, to tym razem wina Agrafka, że powstaje ten wpis. Miał być o czymś innym. Ale bedzie o przedwczesnym spełnieniu. I nie oczekujcie pikantnych szczegółów pożycia małżeńskiego.

Prowadzenie bloga i spowiedź mają ze sobą coś wspólnego. Jedno i drugie służy wyrzuceniu z siebie pewnych rzeczy. Jedno i drugie wymaga (według mnie i nauki kościoła) przygotowania.
Pisanie bloga bez przygotowania sobie w głowie tego co chce się powiedzieć prowadzi (zwykle, w moim przypadku) do napisania czegoś nieprzemyślanego, za co potem mi wstyd, albo głupio. Więc układam sobie wszystko w głowie najpierw. Konstruuję soczyste zdania, trafne porównania i szukam przykładów z życia. Zabiera mi to trochę czasu, ale kończę taką goń myślową z poczuciem spełnienia. Przedwczesnego, bo trzeba jeszcze to napisać, a tu sił już brak.
I podobnie rachunek sumienia przed spowiedzią. Już samo powiedzenie sobie: robię źle, znowu robię źle, nic się nie zmienia, jest wystarczająco bolesne. Dobieranie słów, by wszelkie rozterki dokładnie spowiednikowi wyjaśnić (a jest ich masa zwykle), układanie spowiedzi w głowie, już pełni jej rolę. Ja głównie wtedy odczuwam katharsis. Przy spowiedzi to już tylko nerwy zostają.

Być może dlatego właśnie tak rzadko pisze coś w blogu i tak rzadko się spowiadam.
Uff... zrzuciłem to z siebie.

środa, 30 grudnia 2009

Wielkie halo z rodzimą gwiazdą


Zaobserwowane 30122009 około 9.00, droga wojewódzka 235 miejscowość Zalesie, 4 km na północ od Brus.
Posted by Picasa

Zakup roku

Trzeba dokłądnie czytać opisy aukcji na allegro i nie podniecać się pierwszym napotkanym kranem zimnowodnym na pół cala. Oczywiście na zdjęciu byl zwykły, w kolorze srebrnym. Ja zrobiłem szybkie "kup teraz" i oto jestem posiadaczem pięknego kraniku w kolorze mosiądzu. Na ale przynajmniej nie cieknie i po odkręceniu daje się zakręcić, w przeciwieństwie do poprzednika.

Pociesza mnie myśl, że mosiądz z wiekiem zielenieje...
Posted by Picasa

sobota, 21 listopada 2009

Chuck i zwiazane z nim przemyślenia

Skończyliśmy z małżonką oglądać serial "Chuck". Świetna rozrywka, szkoda że żadna nasza telewizja tego nie pokazuje, a empik daje zaporową cenę na dvd.
Z tęsknoty za serialem podążyliśmy w głąb sieci by dowiedzieć się czegoś o aktorach, odtwórcach głównych ról. A to dlatego, iż wcale ich nie znaliśmy. Naliczyłem w serialu 3 znane twarze: Scotta Bakula, Chevy Chase i gościu co grał kapłana Imhotepa w Mumii (ale nie pamiętam jak się nazywał). Cała reszta to dla nas nowe twarze. I jak się okazuje z wyników poszukiwań w sieci, nic dziwnego, bo ich aktorskie kariery nie są oszałamiające. Jednak do gry żadnego z nich nie można mieć zastrzeżeń. Właściwie będąc widzem wcale nie zastanawiam się nad grą, po prostu się ich ogląda. Są 100 %-owo wirygodni. A to nie są aktorzy z pierwszych, ani nawet drugich stron gazet. A jednak potrafią stworzonymi kreacjami zauroczyć.
I teraz wróćmy do Polski. U nas nawet uznane sławy potrafią zagrać sztucznie. Za przykład weźmy Olbrychskiego we Wiedźminie. Ten facet powinien umieć zagrać wszystko i wszędzie. A nie zagrał dobrze, oj nie... Skąd to się bierze? Skąd ten dysonans pomiędzy rangą aktora a jakością jego gry, tu i tam? Biorę dowolny amerykański serial i nie widzę tam "sztucznej" gry. Biorę polski i jakże często zęby zgrzytają i scyzoryk się w kieszeni otwiera. Dlaczego?
Może winne jest nauczanie aktorstwa? Może ten etos artysty, który jak mi się wydaje, jest polskiej szkole aktorstwa zaszczepiany, nie pozwala dobrze grać w rozrywkowych przedsięwzięciach? Efektem tego jest nadęcie i obrażona mina tuzów aktorstwa oraz żałosna amatorszczyzna mjakmiłościowych naturszczyków.
Miałem duże nadzieje, że tefałenowy "Naznaczony" coś tu zmieni. Ale i tu odstrasza drętwa gra.
Pozostaje oglądać seriale z importu. Niestety.

czwartek, 12 listopada 2009

Takie miejsce

Ileż to razy łapię się w myślach na idealizowaniu miejsc w których mnie nie ma. Jak pieknie musi być w Norwegii, myslę sobie dumając nad przyszłoroczną wycieczką. Jak wspaniałe muszą być wzgórza Anglii, jak...
Aż tu trafiam na zdjecie z wycieczki na Kretę. Przypomniałem sobie te moknące w upierdliwej mżawce owce na końcu nadłuzszego wąwozu w Europie, tę kompletną beznadzieję, otępienie na ich pyskach. Zrujnowane domy, których mieszkańcy od czasu wojny nie odbudowali. I jakoś raźniej mi sie patrzy na moją krzywą wioseczkę, szare domy, śmieszny sklepik GS, błotnistą drogę i brak chodnika.
Posted by Picasa

poniedziałek, 2 listopada 2009

Lis śliwkarz


Posted by Picasa
Może nie jest najlepiej widoczny, ale to jedyne posiadane przeze mnie zdjęcie lisa-śliwkarza.
Lis ten zamieszkał w moim ogródku w czasie urlopu i nieobecności wakacyjnej, czując się tam dobrze i bezkarnie. Żywił się śliwkami opadającymi z drzewa, co potwierdziły obserwacje sąsiadów oraz wielkie ilości pestek pod drzewem. Przyczynił się do tajemniczego pojawienia się jabłek na terenie mojego ogródka, choć jabłoń tam nie rośnie. Do jabłek przyznał się sąsiad - rzucał nimi w lisa-śliwkarza, co ten wykorzystywał porywając jabłka i konsumując je, choć niecałkowicie.
Lis ten zwany jest przez innych mieszkańców osiedla lisem-laczkarzem, gdyż innym jego hobby jest wynoszenie laczków pozostawianych przy drzwiach balkonowych. Czasami udawało się je znaleźć jednak już w stanie wskazującym na intensywne zużycie. Paszczą.
Lubię mysleć, że jestem uczestnikiem dziejowych wydarzeń. W końcu pies i kot też kiedyś zaczęły niesmiało podchodzić do ludzi. Pewnie niektórzy się ich bali, przepędzali, inni - jak ja - byli zaciekawieni, o co temu zwierzu chodzi.
A moze to w ogóle ewolucyjna wolta i rudy psowaty przestawia się na wegetarianizm/wszystkożerność?

Tak czy inaczej, fajnie jest mieć lisa za oknem.