czwartek, 22 lipca 2010

Zaskoczenie

Za oknem upał niemiłosierny, na szybie kilka bardzo śmiało spadłych, a teraz nieśmiało obsychających kropel niespełnionego deszczu. W głowie pustka. Coś tam mi się jednak pomyślało kilka dni temu, tylko siły, czasu, chęci nie miałem, by to z siebie wylać.
W czasie tego roku, spotkałem po baaaardzo długim niewidzeniu dwóch kolegów: jednego rówieśnika z klasy, ze szkoły podstawowej (8 klasowej!) i drugiego, kilka lat starszego, sąsiada z klatki schodowej.
Z tym pierwszym dzieliłem wspólne pasje - komiks i muzykę. W schyłkowym okresie podstawówki odkrywaliśmy razem Pink Floyd, a za komiks dalibyśmy sie posiekać. Ten drugi - wciągnął mnie w świat fantastyki, pożyczał mi pierwsze książki sf i f, zabierał na spotkania PSMF Maskon w Bydgoszczy.
No więc spotykam ich po kilkuletniej przerwie. I nie mogę nawiązać się do tamtych emocji. Ich ewolucja w odmiennych warunkach przebiegła inaczej, poszli innymi drogami.Jakże strasznym zaskoczeniem jest, gdy słyszy się taka odpowiedź na pytanie o to co nas dawniej kręciło: "a to, to wiesz, kurcze, dawno było, nieee, już mnie to nie interesuje...". I ten wyraz zaskoczenia. Jakbym zapytał o coś zupełnie z księżyca.
A może to ja zatrzymałem się w rozwoju?

środa, 30 czerwca 2010

Chmury przed burzą

Chmury przed burzą, która narobiła nam masę szkód w okolicy. Wersja czarno-biała bardziej klimatyczna od kolorowej, choć i tamtej niczego nie brakuje.
Posted by Picasa

wtorek, 29 czerwca 2010

Z naukowym kluczem


Książkę skończyłem czytać już kilka dni temu, ale chciałem dać się jej odleżeć na półce pamięci krótkotrwałej i zobaczyć ile zostanie przeniesione do długoterminowej. Na Fantaście książka ma wysoką ocenę i to skłoniło mnie do zakupu. Słyszane tu i ówdzie pochlebne opinie też oczywiście. Właściwie nie słyszałem złego słowa o niej, co zawsze jest niebezpieczne, bo entuzjazm chwalących potrafi przerosnąć rzeczywistą wartość. W tym przypadku tak się nie stało.

No to czas na subiektywny ślizg po opowiadaniach.

Wieża Babilonu.
Czytając otwierające zbiór opowiadanie nie mogłem się pozbyć natrętnego podobieństwa do "Wieży imion" KTLa, które to podobieństwo okazało się być bardzo powierzchowne.
Chiang pyta o prawo do sięgania w nieznane, do odkrywania tajemnic świata. Pyta tez o Boga: jeżeli jest to czy chce byśmy zgłębiali konstrukcje świata, co jest Jego przecież tajemnicą? Gdzie w trudności w zdobyciu wiedzy leży granica, która specjalnie nam wyznaczył. Który z odkrytych poziomów jest tym granicznym, jest opatrzony tabliczką "Authorized Personel Only. Violaters Will Be Prosecuted". A może Boga nie ma, i po prostu konstrukcja świata na pewnym poziomie złożoności jest niebezpieczna? Można spokojnie patrzeć na Big Bena i odczytywać z niego godzinę, ale już łażenie po jego mechanizmach może się skończyć źle.

Zrozum.
Przejmujące opowiadanie.  Jednak co oczywiste wpada w zwyczajową pułapkę pisania o geniuszu, samemu geniuszem (tego formatu, co opisywany) nie będąc. Czyli - bohater, zmieniający się pod wpływem nowego leku, specjalnie nie zaskakuje. Ale też i nie o zaskoczenie chyba tu chodzi. I tutaj Chiang ociera się o temat  nauki, poznania i ich celu. Zwycięzcą pojedynku geniuszy zostaje ten, który zatrzymuje się w rozwoju, gdyż uzyskany poziom inteligencji pozwala mu na rozwiązanie wszelkich problemów dotyczących sfery ludzkiej. Dalsze zagłębianie się w teoretyczne problemy, ba - tworzenie ich dla przyjemności ich rozwiązania - jest jałowe. I skazane na przegraną.

Dzielenie przez zero.
Znowu tematyka naukowa. Być może nasz świat, to jak go rozumiemy, jak go postrzegamy jest specjalnie uproszczony, tak abyśmy mogli go z grubsza rozumieć, dobrze się w nim czuć, żyć sobie spokojnie. Dostępne nam teorie naukowe są w sam raz na nasze możliwości. Co jednak, gdy - choćby przypadkowo - sięgniemy głębiej? Gdy czyjś przebłysk geniuszu pozwoli dostać się do strefy zakazanej i wyniesie stamtąd informacje burzące spokojny obraz świata? To opowiadanie jest o czymś jeszcze, ale mi to umyka.

Historia twojego życia.
Opowiadanie - majstersztyk. Nierozerwalny konglomerat formy i treści. Zaplanowany i zrealizowany z niesamowitą precyzją. Zdradzać fabułę, byłoby grzechem. Ograniczyć się do kilku słów - też.
To opowieść o determinizmie, pytanie, co jeśli wszystko jest z góry ustalone? Zapisane? Czy zmieniłoby to coś w naszym postrzeganiu, uczuciach.
To po prostu trzeba przeczytać.

Siedemdziesiąt dwie litery
To opowiadanie było mi już znane, jednak w towarzystwie innych opowiadań Chianga pozwala lepiej dostrzec fascynacje autora. A najwyraźniej jest nią nauka. W tym przypadku pozwala ona na wyrwanie sie z boskiego (?) planu i zaprowadzenie własnego porządku, który... nie zdradzę. Poza głębszymi pytaniami, opowiadanie jest także wciągające czysto fabularnie, przygodowo wręcz. To spełniony sen miłośnika dobrej fantastyki: jest i rozrywka i powód do zadumy.

Ewolucja ludzkiej nauki
I znowu o nauce. Najkrótsze opowiadanie z tomu stawia pytanie o naszą zdolność pojmowania. Jak wiele z naukowych odkryć, nawet tych niezbyt abstrakcyjnych, jest dla nas kompletną tajemnicą? Czy tak naprawdę wiem, co dzieje się w procesorze komputera, gdy pisze te słowa? Czy jestem w stanie to zrozumieć? A jeśli tak, to czy znajdę czas by zrozumieć jak działa lekarstwo, które własnie połknąłem? Większość z nas, jak ludzie z opowiadania, patrzy na świat naukowców jak na magiczna i niedostępną krainę.

Piekło to nieobecność Boga.
Po opowiadaniach, które wprawiały nie w zachwyt, to wprawiło mnie w osłupienie. Zamysł, który przyświecał autorowi był, jest i chyba pozostanie dla mnie nieodkryty. Nie podejmuje się zgadywania. Nie podobało mi się.

Co ma cieszyć oczy
Opowiadanie w formie reportażu. Sam chciałem napisać coś w tej formie (moje pisarskie niespełnienie wynika głównie z nieumiejętności sklecania sensownych opisów). To mocna rzecz o posuniętej do absurdu politycznej poprawności, nie dająca jednak jednoznacznych odpowiedzi. W którymś momencie będziemy chyba musieli sobie odpowiedzieć, czy czas już odrzucić nasza dziką, zwierzęca przeszłość i przestać kierować się biologicznymi sygnałami. Czy jednak będziemy wtedy jeszcze ludźmi?

Podsumowując: do księgarni marsz! Taka własnie powinna byc ( i jak widać może być) fantastyka. Dająca i rozrywkę i literacką ucztę i pożywkę dla umysłu.

niedziela, 27 czerwca 2010

64-334 czyli o stawaniu na palcach i schylaniu się



64. Styczeń 1988, dwunaste urodziny. Nagły impuls po zauważeniu czarno-burej okładki z seledynowym tytułem. "Mamo, chcę to na urodziny". Dostałem i tak to się zaczęło. Cała ta historia ze stawaniem na palcach. Bo przecież miałem zaledwie 12 lat. A tam trudne słowa, emocje których nie miałem jeszcze szansy przeżyć, obrazy pewnie do wieku nieodpowiednie. I musiałem stawać na palcach by tego dosięgnąć. Musiałem szukać, doczytywać, wyobrażać sobie, myśleć.

334. Czerwiec 2010, listonosz własnie przyniósł. Odpakowałem, wyjąłem książkę dołączoną i odłożyłem na rosnący nieprzeczytany stosik. Bo tam od jakiegoś czasu wilkołak i wampir, podążanie za modą. Schylanie sie do średniej. Ba, gdybyż tylko, to schylanie się poniżej niej. Ma być na czasie, łatwo i przyjemnie. Niemęcząco.

Zaglądam na internetowe emanacje pisma: portal i facebook i niedobrze mi się robi od tego cukru i głaskania. Szczególnie sztucznie uśmiechnięte facbookowe notki wprawiają mnie w osłupienie: jak daleko można się posunąć? Jak nisko można się zgiąć, jak pochyłym drzewem się stać (tym od kozy skaczącej).

A przecież można kiedyś było schylać się do młodych, niewyrobionych w inny sposób. Jak dobry nauczyciel zaszczepiać fascynację. Dawać wędkę chęci poznania, a nie tylko hipermarketową mrożoną pangę, taka sama jak wszędzie. Miałem cholerne szczęście, mieć te swoje 12 lat w dobrym momencie.

Dalsze pisanie nie ma sensu. Na horyzoncie majaczy zabijająca wszystko konkluzja: bo czasy są inne. A ja mam ochotę wykrzyczeć jej prosto w twarz: I CO KURWA Z TEGO?

sobota, 5 czerwca 2010

Mars

Tytuł tego posta miał brzmieć w wersji pierwszej "Życie na Marsie", ale wtedy pierwsze zdanie musiałoby brzmieć "Ale nie ten genialny serial, o którym też powinienem w końcu napisać". Wiec zmieniłem go na "Opowieść bez bohatera", ale wtedy pierwsze zdanie byłoby "Ale nie ten słynny komiks, który wypadałoby w końcu przeczytać".
Został więc po prostu "Mars". Kosika "Mars".

Mam tak z książkami, że im bardziej mi się podobają, z tym większym niepokojem patrzę na chudnąca cześć nieprzeczytaną jeszcze. I pomimo słyszanych tu i ówdzie głosów, że to nie jest dobra powieść, własnie tak miałem. Obserwowałem malejącą liczbę stron do końca z rosnącym niepokojem. Zaraz książka się skończy, zaraz opuszczę Marsa, zaraz wszystko się wyjaśni.

Na pewno nie jest to "wielka literatura". Język powieści jest prosty, surowy wręcz, ale czyż taki nie jest i sam Mars? W niedawno przywołanej tu trylogii Forda, surowość języka zostawiała miejsce na pracę wyobraźni. Tutaj surowość ta skomponowała się ze światem przedstawionym. I mi to zagrało bardzo dobrze!

Zarzutem, który często słyszałem, jest też oschłość autora względem bohaterów. Są tylko statystami odgrywającymi zadane role. Ale i to nie przeszkadzało mi. Dość szybko odkryłem, że to powieść idei, że fabuła jest tu pochodną koncepcji. (I w tym miejscu po prostu muszę wymienić Lema i Dukaja, którzy szli wcześniej tą sama drogą, tworząc światy idei, z bohaterami wobec których pozostaje się.. obojętnym.)

Rafał Kosik zawarł w "Marsie" chyba wiele swoich przekonań, wizji rozwoju i ocen ludzkości. Nie jest to wizja krzepiąca. Choć, chcąc być złośliwym, musiałbym powiedzieć, ze przesadnie optymistyczna. Nie będzie żadnego Marsa do zniszczenia. To co ludzkość powieści zrobiła z Czerwoną Planetą, ludzkość zza okna zrobi z Ziemią. No i oczywiście bez gravów, pól siłowych i elektrycznych snów. Nawet tego nie będziemy mieć.

Mam też tak, że nie mogę się powstrzymać przed zgłoszeniem znalezionego kiksa. Choćby i po to, by ktoś wyprowadził mnie z ewentualnego błędu. Otóż pisze Rafał: "Ludzie, i to mimo pogarszającej się sytuacji ekologicznej (a może własnie z tego powodu) nie przestawali się mnożyć." Kilka stron dalej czytamy jednak: "Z piętra wyżej dochodziły stłumione regularne odgłosy. Tradycyjny seks, dziś już rzadkość." To jak się mnożyli? Przegapiłem informację o zapłodnieniach invitro?

No i wreszcie lubię jak książka da do myślenia. A ta zaskakująco dała do myślenia o googlu. Mam znajomego, który absolutnie nie wyśle mi żadnego maila na gmailowy adres. Bo google to czyta. Kto czyta? Kto ma czas śledzić maile kogoś tak nieważnego jak ja? AI jeszcze nie istnieją, a by śledzić każdego trzeba by zatrudnić armię. Która tez najlepiej byłoby jakoś kontrolować. Kim?
Tak okrężną drogą zmierzam do Rafałowej koncepcji podglądania każdego obywatela, przechwytywania jego widoku z oczu. OK, świat Marsa to daleka przyszłość i fantastyka w końcu, więc tam obawy takie są uprawnione. Ale chyba przebija przez nie jakiś lęk autora. O ile do sprofilowanych reklam wyrażam pełną zgodę - idzie to już w tym kierunku, to w szpiegowanie obywateli na masową skalę nie uwierzę. W naszej skrzeczącej rzeczywistości nie miałby kto tego robić.

Słyszałem też, że to książka poskładana ze znanych już klocków-schematów. OK, ciężko już w naszych czasach o totalną oryginalność. Ba, przy powieści idei, nie jest chyba ona nawet potrzebna. Jeden tylko schemat sprawił, że na koniec poczułem ukłucie zawodu. Chodzi mi o znienawidzony przeze mnie motyw wyjaśnień złego trzymającego na muszce dobrego i przed śmiercią klarującego mu całą sytuację. Ała. Zabolało.

Napisałem "złego". Ale czy na pewno? "Mars" jest pod pewnym względem bardzo prawdziwą opowieścią. Jak w życiu - rzadko kiedy ktoś jest ewidentnie zły, czy dobry. I wszelkie moralne oceny mogą zmieniac się z czasem. Wizjoner może pomylić się i spowodować katastrofę. Poczciwa osoba może dać sie omamić niebezpiecznej idei, lub zejść z drogi prawdy w imię bezpiecznego życia, bez zmartwień. No i pewne rzeczy, jak projekt Minority po prostu dzieją się.
I jeszcze jedna prawdziwa nuta w "Marsie". Szczególnie dobrze widoczna w części z Jarredem, gdzie właściwie nie wiadomo na którym problemie się skupić. Na tajemnicy grobów czy na problemach z realnością świata. Bo też i w życiu rzadko kiedy mamy jeden problem na raz. Zwykle jest ich kilka, zazębiają się, wpływają na siebie. Szacunek dla autora, który potrafił to oddać.

Podsumowując: mogę tylko żałować że nie przeczytałem "Marsa" wcześniej. I jeśli Wy jeszcze nie czytaliście - marsz do lektury.

poniedziałek, 24 maja 2010

Bliżej świata - Pentagon Channel


To wina szwagra, który kiedyś pokazał mi, jak zainstalować na dekoderze polsatu liczbowego więcej kanałów. No to mam ich teraz coś około tysiąca, i w cyklu "Bliżej świata" nawiązującym do pamiętnego programu telewizyjnego przedstawiającego wyposzczonej polskiej widowni kolorowe obrazki z satelity, będę przedstawiać co bardziej smakowite/odczapowe/przerażające programy. Jeśli pojawi się wpis o jakimś programie o modzie, będzie to oznaczało koniec cyklu, zgodnie z tradycją.


No to na pierwszy ogień idzie Pentagon Channel.
Ostatni raz widziałem pana w mundurze prowadzącego program, jak na ulicy kolo komisariatu płonęły koksowniki i stał pojazd opancerzony typu SKOT, a jak się zasiedzieliśmy u babci, to trzeba było wracać bocznymi uliczkami pod lasem.
Więc jak widzicie, konotacje nienajlepsze. Tym bardziej, że zaobserwowani prezenterzy byli dość sztywni, choć chyba nie chcieli tacy być.
Zaobserwowany program to, jak widać, Today's Air Force czyli
Weekly 30 minute newscast includes timely, topical news and information items that are relevant, valuable and useful to people interested in United States Air Force, its people, its programs and its military missions.


Ja jednak poczekam na The Grill Sergeants, a Pentagon Channel original program, is a weekly, half-hour cooking show featuring some of the military's top chefs as they guide viewers through step-by-step menu preparation, along with important nutrition and food safety tips.

W labiryncie sensu, na rubieżach zrozumienia




Szybki rzut oka na panel "Realizacja planu 2010" pokazuje, że nie mam w tym roku dobrego tempa czytelniczego. Przeczytałem jednak, idąc jednym ciągiem, trylogię Jeffreya Forda. I do tej pory nie napisałem o niej ani słowa. Dlaczego?

Gdyby ktoś zapytał mnie: warto to czytać? odpowiedziałbym bez zastanawiania, że warto. I modliłbym się, bym nie musiał tłumaczyć dlaczego warto.
Krótko po lekturze ostatniego tomu oświadczyłem w rozmowie z Agrafkiem - "Jestem tak głupi jak na początku". "To napisz o tym" - odpowiedział. Tylko jak tu napisać, że się nie wie co napisać?

Wybaczcie wiec chaotyczność tej notki. Spróbuję po prostu poskładać luźne myśli dotyczące tych książek, pałętające mi się po głowie.

Książki nie są zbyt obszerne, nawet miałem taką złość, że w sumie po co jest ich aż trzy, to spokojnie (objętościowo) mogłaby być jedna powieść. Jednak w miarę czytania okazywało się, że choć są częścią większej całości, są zupełnie inne.
Każda z nich dzieje się na innym poziomie rzeczywistości. "Fizjonomika" to świat realny (przynajmniej dla głównego bohatera, bo ja ciągle miałem wrażenie, że całe Dobrze skonstruowane Miasto i reszta świata sa tylko wytworem umysłu, co poniekąd jest prawdą...), "W labiryncie pamięci" to dla Cleya świat nierealny, świat umysłu Drachtona Nadolnego, który z racji przeżywanych tam uczuć, jest dla niego chyba bardziej rzeczywisty niż prawdziwy. A na pewno atrakcyjniejszy. I na koniec "Rubieże", w których realnośc opisywanych zdarzeń stoi pod wielkim znakiem zapytania.
Nie wiem, czy trylogia Forda to owo mityczne "new weird". Jeżeli ktoś tak to szufladkuje i wrzuca tam też "Lód" Dukaja, to ja przestaje pojmować ideę szufladek. Powieści Forda są bardzo surowe, brak tu rozbuchanych opisów, dogłębnej kreacji świata w najdrobniejszym detalu. Świat Dobrze skonstruowanego Miasta, labirynt pamięci Drachtona i rubieże odmalowane są surową kreską, dającą pole do popisu dla wyobraźni czytelnika. Te światy stwarzają się w głowie, i mam wrażenie, że z upływem czasu pozostają w pamięci głębiej, odciskają się mocniej niż opisywana w szczegółach lodowa rzeczywistość Dukaja.
Odnalazłem tez w świecie Cleya pewne podobieństwo do dwóch światów stworzonych przez KTLa - w opowiadaniach "Wieża imion" i "Podziemna rzeka". Tak tam, jaki tu odnosiłem mocne wrażenie, że przedstawiony świat jest jedynie )albo aż) teoretycznym konstruktem niosącym określona treść. Takim miejscem idei zawieszonym w niebycie. Wyraża się to w odczuciu, ze nic poza przedstawioną scenerią nie istnieje, jest tu pewna umowność, teatralność. Choć może to się wydawać sztuczne - nie jest tak. Taki świat czuje mocniej, jakby stał w świetle reflektora, jakby można go było obejrzeć z każdej strony.

No i popłynąłem w nieczytelne dygresje. Czas więc kończyć, ów złożony samemu sobie dowód, że nie potrafię pisać o książkach.
Nie zrażajcie się tym i przeczytajcie trylogie Forda.

środa, 12 maja 2010

Uroki pamięci

Kilka dni temu syn koleżanki z pracy zjawił się w jej biurze udając się na maturę (angielski ustny). Byłem tam i ja i nie mogłem sobie odmówić przyjemności wykopania młodego człowieka przez drzwi na korytarz i na szczęście. Oczywiście mama była pierwsza, ale nie wykopała go przez próg, musiałem więc poprawić. Na dodatek kopniak obcej osoby przynosi więcej szczęścia.
Wytłumaczyłem to zdziwionej koleżance opowiadając jej historię, jak to mój starszy brat został wykopany za drzwi gdy przyszedł wiele lat temu przed swoją maturą do pracy mamy. Wykopała go młoda pani doktor ginekolog, która chyba była tam pierwszy dzień w pracy (dzieje się to w przychodni).
I niby wszystko ok, ale opowiadam mojej mamie później przez telefon, o tym jak to opowiedziałam koleżance całą sytuację wykopania brata za drzwi, a mama na to "Ale przecież ciebie przy tym nie było..."
Zdębiałem. Jak to - nie było? Przecież ja tę scenę widzę w pamięci bardzo dokładnie: wręcz mogę przywołać wyrazy twarzy każdej z osób.
Siedziałem i myślałem, długo. I doszedłem do wniosku - fakt, nie było mnie tam. Ja też znam to z opowieści.
Ale znam też brata, no i mamę i nawet ową panią doktor znam jako-tako. I zastanawiam się jak nieprzewidywalnym urządzeniem (i genialnym i strasznym) jest mózg. Bo on dla mnie wyreżyserował tę scenkę, scenografia znana, osoby i ich reakcje, mimika - znane. No to do dzieła! Opowieść wielokrotnie powtarzana została "nakręcona". Tak wiernie, że wziąłem ją za swoją.

Pytanie - ile jeszcze mam takich "wspomnień"? Przy jakich wydarzeniach tak naprawdę nie byłem? Ile z nich dotyczy osób, których już nie spotkam, i nie będę w stanie ich zweryfikować?
No więc pocałowałem w przedszkolu pewną Magdę za fortepianem, czy nie? Na pewno chciałem. Na pewno wielokrotnie opowiadałem, że to zrobiłem. Mam w pamięci jakieś urywane wspomnienia, świadczące, że tak. Ale czy na pewno?
W liceum, rozstając się z pewną Darią (będąc przez nią rzuconym) rzeczywiście udało mi się powiedzieć wszystko to co chciałem jej powiedzieć w odpowiednim momencie, a nie po fakcie, jak to zwykle u mnie bywa? Czy może litościwa pamieć wyreżyserowała dla mnie taką scenę na pocieszenie?

Takich ( i innych) pytanie mógłbym stawiać sobie mnóstwo. Nie ma na nie odpowiedzi. Trochę to przerażające.

piątek, 30 kwietnia 2010

niedziela, 25 kwietnia 2010

Syndrom KTLa

Właśnie skończyłem czytać kolejną książkę. Odkładając ją na półkę część świadomości głowiła się jak mądrze napisać o niej kilka słów, a pozostała część już szukała na półce kolejnej ofiary czytelniczego nałogu.
Z głębi wypłynął jednak lekki wyrzut sumienia "Chłopie, w tym roku, nie przeczytałeś jeszcze ŻADNEGO numeru Nowej Fantastyki!". No nie, faktycznie. Wziąłem do ręki numer kwietniowy, i znowu odbiłem się od paskudnej okładki oraz od wspomnień wydarzeń na forum NF.
Po prostu nie mogę. Tak jak czytać prozy KTLa nie mogę. Osobowość twórcy, zbyt mocno manifestowana i zbyt odległa od mojej wizji człowieka, którego warto słuchać, przesłania mi dzieło.
Wiem, że to źle. Wiem, że coś tracę. Jednak nie mogę. No po prostu nie mogę.

I tyle.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Synestezja


Nie kupiłem i już sie nie dowiem jak pachnie kolor fioletowy.
A poza tym dochodzę do ogólnego wniosku, że nie mam nic do powiedzenia.
Posted by Picasa

środa, 7 kwietnia 2010

piątek, 2 kwietnia 2010

Złoty poranek


Są takie poranki (czasami i wieczory), własnie złote, choc niekoniecznie kolorem. Kiedy wychodząc z domu uderza mnie niezwykła ostrość widzenia, niezwykła przejrzystość i czystość. Kiedy wszystko wydaje się być (jest!) mocno, naprawdę, właściwie, na swoim miejscu, tak jak być powinno. Kiedy ptak odzywa się w odpowiednim momencie, wiatr powiewa właśnie w chwili, gdy skóra chce go poczuć. Prawie spóźniam sie wtedy do pracy, bo nie mogę nie stanąć i nie zapatrzeć się, chłonąc tę czystość. I jeszcze chwilę dłużej czuć, że możn być jej częścią. Ech... złudzenia złotego poranka.
Posted by Picasa

sobota, 27 marca 2010

Bociek


Bociek przyleciał, może tylko odpoczywał, może przyleciał do kota. Tak sobie to tłumaczę.
Posted by Picasa

czwartek, 11 lutego 2010

Taka sobie bajeczka

Tego dnia z biura kierownika Domu Kultury w Fantazjowicach Nowych z trzaskiem drzwi i wesołą pieśnią na ustach wyszedł znany, acz niedoceniany twórca Prawandowski. Kaowiec Jeżyna minął go na korytarzu i aż przystanął ze zdziwienia. Prawandowski tutaj? Czyżby dwuletni okres kary, nałożonej przez poprzednie kierownictwo ośrodka właśnie się skończył?
Nie dane było mu dłużej zadumać się nad tym faktem i jego możliwymi implikacjami, bo drzwi kierownika otworzyły sie znowu.
-o, Jeżyna, właśnie miałem iść do was. Wchodźcie, wchodźcie - kierownik szerokim gestem zagarnął zdumionego Jeżynę do środka.
-Siadajcie Jeżyna, siadajcie.
Kaowiec usiadł i zapatrzył się na szeroka donicę z Deschampsia flexuosa, ulubioną roślinką nowego kierownika ośrodka.
-Powiem krótko Jeżyna. Nie jesteśmy zadowoleni z działania niektórych podległych wam oddziałów naszego ośrodka.
Serce wątłego kaowca na chwilę zamarło. Powróciło widmo zwolnienia prześladujące go odkąd poprzedni kierownik odszedł tworzyć nowy, lepszy ośrodek kultury w sąsiednim powiecie.
-Czy... czy chodzi o dział kulturalno - oświatowy, panie kierowniku? - zdołał wydusić przez ściśnięte gardło.
-Nie, nieee... no co wy? Chodzi o tę dyskotekę przy ośrodku.
Kierownik stanął przy oknie i zapatrzył się w siną dal.
-Dzwonili z centrali, że są skargi. Co tam właściwie się dzieje? Ja nie mam czasu ani ochoty pojawiać się na tych imprezach, ale wy, jako odpowiedzialni za tę tancbudę chyba wiecie?
-Ja tez tam nie bywam, raczej z obowiązku, czasami. Bo generalnie to wole inna muzykę i chodzę do innego lokalu.
-No ale służbowo to chyba jednak tam bywacie, co?
-No tak, tak, służbowo, bywam, tak... - zestresowany Jeżyna mruczał coraz ciszej.
-No i właśnie. Więc ja wam powiem Jeżyna, co zrobicie. Bo widzicie, ja tam sobie poszedłem. I co widzę? Szarość, nuda i ogólne niezadowolenie imprezowiczów. A jak jest niezadowolenie, to potem zaczynają się, donosy, że nie dbamy, nie szanujemy, że się nie interesujemy. Ludzie chcą rozrywki, chcą żeby coś się działo. No i chcą kogoś znanego.
-Czy ma pan na myśli... Prawandowskiego? - Jeżyna odważył się wejść kierownikowi w słowo.
-Tak, właśnie tak. Prawandowski to wysokiej klasy artysta. On nam tę dyskotekę odnowi. Jak zobaczyłem te szare ściany... On je ubarwi swoim dziełem.
-Ale panie kierowniku, to właśnie po ostatnim happeningu Prawandowskiego przed dwoma laty dyskotekę opuściło kilku etatowych wodzirejów, a my, no musieliśmy odmalować lokal. Z braku środków - na szaro. Tylko taka farba była dostępna.
-Juz wy się tym Jeżyna nie martwcie. Będzie dobrze, będzie kolorowo, będzie artystyczny ferment. - kierownik rzucił mu ostre spojrzenie - Chyba, ze macie lepszy pomysł jak SAMEMU uzdrowić sytuację?
- Nie nie... To chyba... dobry pomysł...
-No, to się cieszę, ze się rozumiemy. I wiecie, nie martwcie się tak. Prawandowski bardzo chce u nas etat, więc mamy go pod kontrolą.
Jeżyna zaczął zbierać się do wyjścia.
-Acha, Jeżyna. Jedno pytanie: te wentylatory pod sufitem to działają? Prawandowski pytał. Chce je jakoś wykorzystać w tym happeningu.
-Działają, tak, Tylko trzeba mu dać klucze od sterowni. Nie wiem co nasz dochodzący stróż na to powie, strasznie nie lubi jak ktoś mu się tam kręci.
-Stróż, ten mąciwoda? Nie przejmować się nim Jeżyna, dać klucze Prawandowskim.
-Tak jest panie kierowniku.

-*-

Cotygodniowa dyskoteka zgromadziła przeciętną liczbę imprezowiczów. Ani mniej ani więcej niz zwykle. Jeżyna obserwował rozwój imprezy ze swojej kanciapy.
-Wróciłem! - przez salę przetoczył się ryk Prawandowskiego. Muzyka umilkła, imprezowicze zamarli w tańcu.
-Światła na mnie! - ryczał dalej artysta - Wentylatory w ruch! Niech wiruje i kręci się kręci w dzikim szale tancbuda! WRÓCIŁEM!!
Pomimo, ze starał sie skulić za swoim biurkiem, ktoś jednak przez szybę dostrzegł Jeżynę. Kilka osób pokazało go sobie palcami, naradzili się i przyszli do kanciapy. Jeżyna znał kilkoro z nich. Ciemnoleski, Wiśniewska, Czerwiec i kilku innych nieznanych z nazwiska. No i ten mąciwoda stróż od siedmiu boleści.
-Panie Jeżyna, co to ma znaczyć? Co ten facet tu robi? Znowu ma popsuć zabawę? Nie pamięta pan co się stało ostatnio?
-Co się czepiacie! - Jeżynie momentalnie skoczyło ciśnienie - decyzja kierownictwa ośrodka Prawandowski może uczestniczyć w imprezach i wykorzystywać lokal do happeningów twórczych. To nasz lokal i to my decydujemy co się tu dzieje!
Nawet jeśli chciał powiedzieć coś więcej, przeszkodziły mu krzyki z sali. Przez szybę zobaczył Prawandowskiego rzucającego czymś w wentylator. Ludzie uciekali w popłochu, ktoś próbował go powstrzymać, wywiązała się bójka. Jeżyna westchnął i wyszedł na salę.
Uderzyła go fala smrodu. Prawandowski stał nadal pod wentylatorem i radośnie rzucał w nie gównami.
-Patrz Jeżyna! To jest SZTUKA, to są emocje! Patrz i ucz się!
Na ścianach lokalu pojawiły sie sylwetki. Jak cienie ludzi po wybuchu bomby atomowej. "Pacykarz nie artysta" pomyślał Jeżyna.
Do kaowca podeszli ochlapani gównem imprezowicze. "Teraz to dopiero będzie  pomyślał i nawet przez chwilę chciał stanąć po ich stronie, ale potem przypomniała mu sie sterta niezapłaconych rachunków, długa lista niekupionych ciągle książek, no i ten wyjazd ze znajomymi w czasie urlopu. Gdy obrócił oko swej jaźni z wnętrza na salę, wzburzenie sięgało juz zenitu.
-Cisza! - krzyknął i tupnął nóżką. - O co macie pretensje? Mogliście przecież założyć jakieś peleryny! A że śmierdzi? A może są tutaj tacy którym to się podoba! O tym nie pomyśleliście, co?
-Ja to pierdolę - powiedział stróż i cisnął miotłę w kąt. - Są inne światy i słońca nad nimi.