piątek, 30 kwietnia 2010
niedziela, 25 kwietnia 2010
Syndrom KTLa
Właśnie skończyłem czytać kolejną książkę. Odkładając ją na półkę część świadomości głowiła się jak mądrze napisać o niej kilka słów, a pozostała część już szukała na półce kolejnej ofiary czytelniczego nałogu.
Z głębi wypłynął jednak lekki wyrzut sumienia "Chłopie, w tym roku, nie przeczytałeś jeszcze ŻADNEGO numeru Nowej Fantastyki!". No nie, faktycznie. Wziąłem do ręki numer kwietniowy, i znowu odbiłem się od paskudnej okładki oraz od wspomnień wydarzeń na forum NF.
Po prostu nie mogę. Tak jak czytać prozy KTLa nie mogę. Osobowość twórcy, zbyt mocno manifestowana i zbyt odległa od mojej wizji człowieka, którego warto słuchać, przesłania mi dzieło.
Wiem, że to źle. Wiem, że coś tracę. Jednak nie mogę. No po prostu nie mogę.
I tyle.
Z głębi wypłynął jednak lekki wyrzut sumienia "Chłopie, w tym roku, nie przeczytałeś jeszcze ŻADNEGO numeru Nowej Fantastyki!". No nie, faktycznie. Wziąłem do ręki numer kwietniowy, i znowu odbiłem się od paskudnej okładki oraz od wspomnień wydarzeń na forum NF.
Po prostu nie mogę. Tak jak czytać prozy KTLa nie mogę. Osobowość twórcy, zbyt mocno manifestowana i zbyt odległa od mojej wizji człowieka, którego warto słuchać, przesłania mi dzieło.
Wiem, że to źle. Wiem, że coś tracę. Jednak nie mogę. No po prostu nie mogę.
I tyle.
czwartek, 22 kwietnia 2010
Synestezja
Nie kupiłem i już sie nie dowiem jak pachnie kolor fioletowy.
A poza tym dochodzę do ogólnego wniosku, że nie mam nic do powiedzenia.
wtorek, 20 kwietnia 2010
piątek, 16 kwietnia 2010
środa, 7 kwietnia 2010
piątek, 2 kwietnia 2010
Złoty poranek
Są takie poranki (czasami i wieczory), własnie złote, choc niekoniecznie kolorem. Kiedy wychodząc z domu uderza mnie niezwykła ostrość widzenia, niezwykła przejrzystość i czystość. Kiedy wszystko wydaje się być (jest!) mocno, naprawdę, właściwie, na swoim miejscu, tak jak być powinno. Kiedy ptak odzywa się w odpowiednim momencie, wiatr powiewa właśnie w chwili, gdy skóra chce go poczuć. Prawie spóźniam sie wtedy do pracy, bo nie mogę nie stanąć i nie zapatrzeć się, chłonąc tę czystość. I jeszcze chwilę dłużej czuć, że możn być jej częścią. Ech... złudzenia złotego poranka.
wtorek, 30 marca 2010
sobota, 27 marca 2010
piątek, 5 marca 2010
czwartek, 11 lutego 2010
Taka sobie bajeczka
Tego dnia z biura kierownika Domu Kultury w Fantazjowicach Nowych z trzaskiem drzwi i wesołą pieśnią na ustach wyszedł znany, acz niedoceniany twórca Prawandowski. Kaowiec Jeżyna minął go na korytarzu i aż przystanął ze zdziwienia. Prawandowski tutaj? Czyżby dwuletni okres kary, nałożonej przez poprzednie kierownictwo ośrodka właśnie się skończył?
Nie dane było mu dłużej zadumać się nad tym faktem i jego możliwymi implikacjami, bo drzwi kierownika otworzyły sie znowu.
-o, Jeżyna, właśnie miałem iść do was. Wchodźcie, wchodźcie - kierownik szerokim gestem zagarnął zdumionego Jeżynę do środka.
-Siadajcie Jeżyna, siadajcie.
Kaowiec usiadł i zapatrzył się na szeroka donicę z Deschampsia flexuosa, ulubioną roślinką nowego kierownika ośrodka.
-Powiem krótko Jeżyna. Nie jesteśmy zadowoleni z działania niektórych podległych wam oddziałów naszego ośrodka.
Serce wątłego kaowca na chwilę zamarło. Powróciło widmo zwolnienia prześladujące go odkąd poprzedni kierownik odszedł tworzyć nowy, lepszy ośrodek kultury w sąsiednim powiecie.
-Czy... czy chodzi o dział kulturalno - oświatowy, panie kierowniku? - zdołał wydusić przez ściśnięte gardło.
-Nie, nieee... no co wy? Chodzi o tę dyskotekę przy ośrodku.
Kierownik stanął przy oknie i zapatrzył się w siną dal.
-Dzwonili z centrali, że są skargi. Co tam właściwie się dzieje? Ja nie mam czasu ani ochoty pojawiać się na tych imprezach, ale wy, jako odpowiedzialni za tę tancbudę chyba wiecie?
-Ja tez tam nie bywam, raczej z obowiązku, czasami. Bo generalnie to wole inna muzykę i chodzę do innego lokalu.
-No ale służbowo to chyba jednak tam bywacie, co?
-No tak, tak, służbowo, bywam, tak... - zestresowany Jeżyna mruczał coraz ciszej.
-No i właśnie. Więc ja wam powiem Jeżyna, co zrobicie. Bo widzicie, ja tam sobie poszedłem. I co widzę? Szarość, nuda i ogólne niezadowolenie imprezowiczów. A jak jest niezadowolenie, to potem zaczynają się, donosy, że nie dbamy, nie szanujemy, że się nie interesujemy. Ludzie chcą rozrywki, chcą żeby coś się działo. No i chcą kogoś znanego.
-Czy ma pan na myśli... Prawandowskiego? - Jeżyna odważył się wejść kierownikowi w słowo.
-Tak, właśnie tak. Prawandowski to wysokiej klasy artysta. On nam tę dyskotekę odnowi. Jak zobaczyłem te szare ściany... On je ubarwi swoim dziełem.
-Ale panie kierowniku, to właśnie po ostatnim happeningu Prawandowskiego przed dwoma laty dyskotekę opuściło kilku etatowych wodzirejów, a my, no musieliśmy odmalować lokal. Z braku środków - na szaro. Tylko taka farba była dostępna.
-Juz wy się tym Jeżyna nie martwcie. Będzie dobrze, będzie kolorowo, będzie artystyczny ferment. - kierownik rzucił mu ostre spojrzenie - Chyba, ze macie lepszy pomysł jak SAMEMU uzdrowić sytuację?
- Nie nie... To chyba... dobry pomysł...
-No, to się cieszę, ze się rozumiemy. I wiecie, nie martwcie się tak. Prawandowski bardzo chce u nas etat, więc mamy go pod kontrolą.
Jeżyna zaczął zbierać się do wyjścia.
-Acha, Jeżyna. Jedno pytanie: te wentylatory pod sufitem to działają? Prawandowski pytał. Chce je jakoś wykorzystać w tym happeningu.
-Działają, tak, Tylko trzeba mu dać klucze od sterowni. Nie wiem co nasz dochodzący stróż na to powie, strasznie nie lubi jak ktoś mu się tam kręci.
-Stróż, ten mąciwoda? Nie przejmować się nim Jeżyna, dać klucze Prawandowskim.
-Tak jest panie kierowniku.
-*-
Cotygodniowa dyskoteka zgromadziła przeciętną liczbę imprezowiczów. Ani mniej ani więcej niz zwykle. Jeżyna obserwował rozwój imprezy ze swojej kanciapy.
-Wróciłem! - przez salę przetoczył się ryk Prawandowskiego. Muzyka umilkła, imprezowicze zamarli w tańcu.
-Światła na mnie! - ryczał dalej artysta - Wentylatory w ruch! Niech wiruje i kręci się kręci w dzikim szale tancbuda! WRÓCIŁEM!!
Pomimo, ze starał sie skulić za swoim biurkiem, ktoś jednak przez szybę dostrzegł Jeżynę. Kilka osób pokazało go sobie palcami, naradzili się i przyszli do kanciapy. Jeżyna znał kilkoro z nich. Ciemnoleski, Wiśniewska, Czerwiec i kilku innych nieznanych z nazwiska. No i ten mąciwoda stróż od siedmiu boleści.
-Panie Jeżyna, co to ma znaczyć? Co ten facet tu robi? Znowu ma popsuć zabawę? Nie pamięta pan co się stało ostatnio?
-Co się czepiacie! - Jeżynie momentalnie skoczyło ciśnienie - decyzja kierownictwa ośrodka Prawandowski może uczestniczyć w imprezach i wykorzystywać lokal do happeningów twórczych. To nasz lokal i to my decydujemy co się tu dzieje!
Nawet jeśli chciał powiedzieć coś więcej, przeszkodziły mu krzyki z sali. Przez szybę zobaczył Prawandowskiego rzucającego czymś w wentylator. Ludzie uciekali w popłochu, ktoś próbował go powstrzymać, wywiązała się bójka. Jeżyna westchnął i wyszedł na salę.
Uderzyła go fala smrodu. Prawandowski stał nadal pod wentylatorem i radośnie rzucał w nie gównami.
-Patrz Jeżyna! To jest SZTUKA, to są emocje! Patrz i ucz się!
Na ścianach lokalu pojawiły sie sylwetki. Jak cienie ludzi po wybuchu bomby atomowej. "Pacykarz nie artysta" pomyślał Jeżyna.
Do kaowca podeszli ochlapani gównem imprezowicze. "Teraz to dopiero będzie pomyślał i nawet przez chwilę chciał stanąć po ich stronie, ale potem przypomniała mu sie sterta niezapłaconych rachunków, długa lista niekupionych ciągle książek, no i ten wyjazd ze znajomymi w czasie urlopu. Gdy obrócił oko swej jaźni z wnętrza na salę, wzburzenie sięgało juz zenitu.
-Cisza! - krzyknął i tupnął nóżką. - O co macie pretensje? Mogliście przecież założyć jakieś peleryny! A że śmierdzi? A może są tutaj tacy którym to się podoba! O tym nie pomyśleliście, co?
-Ja to pierdolę - powiedział stróż i cisnął miotłę w kąt. - Są inne światy i słońca nad nimi.
poniedziałek, 1 lutego 2010
Ja podziękuję
Dostałem maila od Andrzeja Zimniaka. Drugi raz miałbym być elektorem Nagrody im. Żuławskiego. Ale podziękuję. Wystarczy mi wyrzutów sumienia po poprzednim głosowaniu. Tak, powinienem był już w zeszłym roku zrezygnować. Nie nadążam za polską fantastyką. I wcale nie chcę nadążać. Szybkie przejrzenie listy opublikowanych książek - przeczytać chciałbym kilka. Z czego przeczytam kilka minus trochę. Z czego to co zostanie to pewnie nawet nie w tym roku. Więc jak w tytule.
piątek, 29 stycznia 2010
Koty zaokienne
Przyciąga je nagrzany słońcem ciemnobrązowy parapet, ciepło ulatniające się z domu oraz bardzo duże prawdopodobieństwo nakarmienia przez lokatorów z tej strony szyby.
wtorek, 19 stycznia 2010
poniedziałek, 4 stycznia 2010
sobota, 2 stycznia 2010
Przedwczesne spełnienie 2
Nie mogę znaleźć dobrego tytułu dla tego co chcę napisać, więc posiłkuję się poprzednim. Też pasuje. Post jednak będzie o czyms innym.
Agrafek nakopie mi do tyłka i będzie miał rację.
Ale od początku.
W czasie swojej u nas wizyty Agrafek i ja uratowaliśmy małego kotka spod sterty desek. CZarny jak sam diabeł kociak miał zostać u nas w domu. Agrafek mówił: kota trzeba odrobaczyć. OK. Tylko, że kot nie został, wrócił do swojej kociej mamy. Przyszedł lisopad i zjawił się w naszym domu kot znany już z tego bloga. Kot zwany Luceriną albo po prostu Kotem lub Kociołem. Przybył dramatycznie. Jednego dnia zjawiły się na naszym balkonie dwa małe kotki, dostały jeś i pić i poszły sobie. Na drugi dzień rano jeden leżał martwy pod balkonowymi drzwiami, a drugi siedził przy nim. Został złapany, oswojony, przygarnięty. I dochodzimy do przedwczesnego spełnienia. Bo juz się rozgrzeszyłem, zrobiłem cos dobrego, uratowaliśmy kotka, daliśmy mu dom. Zapomniałem, że ratując czyjeś zycie, bierze się za nie odpowiedzialność. Trzeba o nie zadbać. Jakoś wyleciało mi z głowy to odrobaczanie. Teraz kot jest chory. Biegunka, rzyganie i robaki w tym wszystkim.
To nie koniec. Trzeba się było zainteresować. Trzeba było poczytać w sieci, jak mówił Agrafek. Powłazić na fora. Wtedy bym się dowiedział, że kocie robaki sa groźne dla ludzi, zwłaszcza dla dzieci.
Stało się. Wstyd, złośc, nerwy. Wszystko przez zbyt wczesne samozadowolenie. Nigdy nie jesteśmy tak dobrzy, jak moglibyśmy być.
Cholera.
Agrafek nakopie mi do tyłka i będzie miał rację.
Ale od początku.
W czasie swojej u nas wizyty Agrafek i ja uratowaliśmy małego kotka spod sterty desek. CZarny jak sam diabeł kociak miał zostać u nas w domu. Agrafek mówił: kota trzeba odrobaczyć. OK. Tylko, że kot nie został, wrócił do swojej kociej mamy. Przyszedł lisopad i zjawił się w naszym domu kot znany już z tego bloga. Kot zwany Luceriną albo po prostu Kotem lub Kociołem. Przybył dramatycznie. Jednego dnia zjawiły się na naszym balkonie dwa małe kotki, dostały jeś i pić i poszły sobie. Na drugi dzień rano jeden leżał martwy pod balkonowymi drzwiami, a drugi siedził przy nim. Został złapany, oswojony, przygarnięty. I dochodzimy do przedwczesnego spełnienia. Bo juz się rozgrzeszyłem, zrobiłem cos dobrego, uratowaliśmy kotka, daliśmy mu dom. Zapomniałem, że ratując czyjeś zycie, bierze się za nie odpowiedzialność. Trzeba o nie zadbać. Jakoś wyleciało mi z głowy to odrobaczanie. Teraz kot jest chory. Biegunka, rzyganie i robaki w tym wszystkim.
To nie koniec. Trzeba się było zainteresować. Trzeba było poczytać w sieci, jak mówił Agrafek. Powłazić na fora. Wtedy bym się dowiedział, że kocie robaki sa groźne dla ludzi, zwłaszcza dla dzieci.
Stało się. Wstyd, złośc, nerwy. Wszystko przez zbyt wczesne samozadowolenie. Nigdy nie jesteśmy tak dobrzy, jak moglibyśmy być.
Cholera.
czwartek, 31 grudnia 2009
Przedwczesne spełnienie
Choć to zwykle nasza wina, to tym razem wina Agrafka, że powstaje ten wpis. Miał być o czymś innym. Ale bedzie o przedwczesnym spełnieniu. I nie oczekujcie pikantnych szczegółów pożycia małżeńskiego.
Prowadzenie bloga i spowiedź mają ze sobą coś wspólnego. Jedno i drugie służy wyrzuceniu z siebie pewnych rzeczy. Jedno i drugie wymaga (według mnie i nauki kościoła) przygotowania.
Pisanie bloga bez przygotowania sobie w głowie tego co chce się powiedzieć prowadzi (zwykle, w moim przypadku) do napisania czegoś nieprzemyślanego, za co potem mi wstyd, albo głupio. Więc układam sobie wszystko w głowie najpierw. Konstruuję soczyste zdania, trafne porównania i szukam przykładów z życia. Zabiera mi to trochę czasu, ale kończę taką goń myślową z poczuciem spełnienia. Przedwczesnego, bo trzeba jeszcze to napisać, a tu sił już brak.
I podobnie rachunek sumienia przed spowiedzią. Już samo powiedzenie sobie: robię źle, znowu robię źle, nic się nie zmienia, jest wystarczająco bolesne. Dobieranie słów, by wszelkie rozterki dokładnie spowiednikowi wyjaśnić (a jest ich masa zwykle), układanie spowiedzi w głowie, już pełni jej rolę. Ja głównie wtedy odczuwam katharsis. Przy spowiedzi to już tylko nerwy zostają.
Być może dlatego właśnie tak rzadko pisze coś w blogu i tak rzadko się spowiadam.
Uff... zrzuciłem to z siebie.
Prowadzenie bloga i spowiedź mają ze sobą coś wspólnego. Jedno i drugie służy wyrzuceniu z siebie pewnych rzeczy. Jedno i drugie wymaga (według mnie i nauki kościoła) przygotowania.
Pisanie bloga bez przygotowania sobie w głowie tego co chce się powiedzieć prowadzi (zwykle, w moim przypadku) do napisania czegoś nieprzemyślanego, za co potem mi wstyd, albo głupio. Więc układam sobie wszystko w głowie najpierw. Konstruuję soczyste zdania, trafne porównania i szukam przykładów z życia. Zabiera mi to trochę czasu, ale kończę taką goń myślową z poczuciem spełnienia. Przedwczesnego, bo trzeba jeszcze to napisać, a tu sił już brak.
I podobnie rachunek sumienia przed spowiedzią. Już samo powiedzenie sobie: robię źle, znowu robię źle, nic się nie zmienia, jest wystarczająco bolesne. Dobieranie słów, by wszelkie rozterki dokładnie spowiednikowi wyjaśnić (a jest ich masa zwykle), układanie spowiedzi w głowie, już pełni jej rolę. Ja głównie wtedy odczuwam katharsis. Przy spowiedzi to już tylko nerwy zostają.
Być może dlatego właśnie tak rzadko pisze coś w blogu i tak rzadko się spowiadam.
Uff... zrzuciłem to z siebie.
środa, 30 grudnia 2009
Wielkie halo z rodzimą gwiazdą
Zaobserwowane 30122009 około 9.00, droga wojewódzka 235 miejscowość Zalesie, 4 km na północ od Brus.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




